Był wieczór. Byliśmy razem. Liczyłam na coś więcej. Właściwie sama nie wiem na co, ale kiedy Pan kilka godzin wcześniej powiedział mi, że tego dnia się mną zajmie... Cóż. Wyobrażałam to sobie zupełnie inaczej.
Jak wyglądało owo „zajmowanie się mną”? Pan rozsiadł się wygodnie na łóżku i wydawał polecenia. Przeróżne. Dziwne. Bezsensowne. Jedno za drugim. Kiedy zaczął, klęczałam – jak zwykle – w pozycji nadu. Ledwie wykonałam jedno polecenie, a już padało następne.
Pierwsze:
– Wstań.
Drugie:
– Obróć się tyłem do mnie.
Trzecie:
– Uklęknij.
Następne:
– Znowu wstań.
Potem:
– Bara.
Kolejne:
– Nadu.
Jeszcze jedno:
– Stań na jednej nodze i stój tak, dopóki nie powiem, że wystarczy.
Inne:
– Zaszczekaj jak pies.
Dalej:
– Zrób pięć przysiadów.
Trwało to około godziny. Niektóre polecenia co jakiś czas się powtarzały. Wszystkie były równie bezsensowne. Po pierwszych kilku minutach zaczęłam czuć irytację. Po kilkunasto – rozdrażnienie. Natomiast pod koniec byłam już nieźle wkurzona i walczyłam ze sobą, by tego otwarcie nie zamanifestować.
Pan musiałby być ślepy i głupi, żeby tego nie zauważyć. A jednak nie reagował. Kontynuował. Ja w tym czasie walczyłam ze sobą. Moja fundamentalna potrzeba widzenia sensu i celu we wszystkim, co robię, biła na alarm. Ale milczałam. Zaciskałam zęby. Wykonywałam kolejne polecenia, bo on – mój Pan – je wydawał. Na zewnątrz? Bez sprzeciwu. Bez pytań. Ale z coraz większą frustracją środku. Kiedy to się skończy i co to właściwie ma znaczyć? Po co on to robi? Po co my to robimy?
Nie wypowiedziałam tych pytań głośno. Instynktownie przeczuwałam, że to nie jest moment na zadawanie pytań. Że jeśli się odezwę to przegram. Nie wiedziałam co właściwie i z kim. Z nim, czy z samą sobą? Wiedziałam też, że i tak prawdopodobnie nie dostałabym w tamtym momencie żadnej odpowiedzi.
W końcu zapadła cisza. Kolejne polecenie nie padło. Zamarłam w bezruchu. Czekałam dłuższą chwilę. Nic się nie wydarzyło. W końcu zebrałam się na odwagę i zapytałam, najspokojniej i najgrzeczniej jak tylko potrafiłam:
– Dlaczego wydawałeś mi te wszystkie polecenia, Panie? Czy to był jakiś test?
– Nie. To była lekcja. Jestem zadowolony. Wykonywałaś każde polecenie natychmiast i bez zawahania, mimo niechęci.
– Lekcja czego, Panie?
– Tego, że rozkaz nie musi mieć celu, żeby miał wartość. Wartością rozkazu jest samo posłuszeństwo.
I wtedy zrozumiałam. W wydawaniu i wykonywaniu poleceń nie zawsze chodzi o cel. Chodzi o rytm. O stan „tak”, który nie potrzebuje uzasadnienia. Być niewolnicą nie znaczy po prostu służyć. Znaczy służyć komuś, kto ma prawo nie musieć tłumaczyć. Moment, w którym sobie to uświadamiam, wyzwala mnie wewnętrznie bardziej niż jakakolwiek logika. Natychmiast przechodzi mi cała irytacja i złość. Podchodzę do Pana i całuję go w dłoń.
– Dziękuję za tę lekcję Panie – mówię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz