Prawa autorskie
***Wszystkie teksty na blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, zostało to wyraźnie zaznaczone poprzez podanie ich autora. Oznacza to, że wszystkie są objęte prawami autorskimi. Kopiowanie, powielanie lub udostępnianie ich w całości lub w części bez mojej wyraźnej zgody jest zabronione. Szanuj cudzą własność intelektualną i intymność słów i przeżyć!***
29 sierpnia 2025
Maska zadziorności i kajdany lojalności
22 sierpnia 2025
Uległa w sosie własnym
Rodzinny obiad u mojej mamy. Przy stole jest też kilka innych osób. Między innymi moi chrzestni, których naprawdę traktuję jak drugich rodziców, a także moja kuzynka i kilkoro dalszych krewnych. Obiad przebiega jak zawsze. Trochę żartów, trochę rozmów o pogodzie, trochę kłótni o polityce i omawianie zwykłych, codziennych spraw. Swojska atmosfera okraszona zapachem pysznych potraw i tym charakterystycznym napięciem, które towarzyszy każdemu spotkaniu z ludźmi, którzy znają cię od dziecka i... Mają na to dowody w albumach ze zdjęciami.
Jesteśmy tam oboje. Ja w eleganckiej sukience, może tylko odrobinę zbyt obcisłej i w dopracowanym do perfekcji makijażu. I Pan – spokojny, elegancki, sprawiający wrażenie lekko wycofanego, jakby siedział nie na rodzinnym obiedzie, ale jakby oglądał jakąś ciekawą, egzotyczną wystawę społeczną. Słucha, obserwuje, uśmiecha się. Mało mówi. Zachowuje się jak uprzejmy antropolog.
To, jak funkcjonuję i kim jestem w relacji z mężczyzną, a to jak funkcjonuję na co dzień, w relacjach z ludźmi, także w rodzinie, to dwie różne rzeczy. Tylko Pan zna obie moje twarze. Tę zewnętrzną – zarezerwowaną dla świata i tę wewnętrzną – zarezerwowaną tylko dla niego. Ta pierwsza wersja mnie – ta, którą znają wszyscy – jest władcza, dominująca, zawsze mówi co myśli, rzadko gryząc się przy tym w język. Zwykle miła, wesoła i uprzejma. Ale niekiedy również pyskata, zadziorna i arogancka...
Jedliśmy obiad. Pomiędzy jednym kęsem a drugim przekomarzałam się z moją mamą nad talerzem. Klasyka. Spierałyśmy się właśnie (nie na żarty) o to, która z nas lepiej przygotowuje dania, które właśnie mamy przed sobą. Każda z nas oczywiście broniła (dość zaciekle) swojej wersji. Reszta rodziny nie wtrącała się. Jednak w pewnym momencie mój chrzestny prychnął i pokręcił głową, posyłając przy tym nam obu (mi i mojej mamie) pełne dezaprobaty spojrzenie.
– Jak on z Tobą wytrzymuje, to ja nie wiem – powiedział do mnie, patrząc z uznaniem na Pana.
Pan, który właśnie spokojnie popijał herbatę, jak gdyby w ogóle nie słyszał wymiany zdań między mną, a moją mamą, uniósł tylko lekko brwi i uśmiechnął się z tym charakterystycznym spokojem kogoś, kto wie więcej, niż się ludziom wydaje.
– Nie jest tak źle – odpowiedział mojemu chrzestnemu uprzejmie.
– Co? Już się dawno poddałeś? – nie dawał za wygraną wuj.
– Nie całkiem...
– Chcesz powiedzieć, że Tobie ona tak nie pyskuje? – włączyła się moja chrzestna.
– Nie. Charlotte potrafi być... Bardzo... Powściągliwa... A nawet zdyscyplinowana. Proszę mi wierzyć – zapewnił Pan. A ja zaczęłam czuć, że wolałabym, żeby nie kontynuowali tej rozmowy...
– Bo ja czasami nadal mam ją ochotę porządnie zlać za ten niewyparzony język, chociaż jest już dawno dorosła – orzekła chrzestna.
– Cóż... Czasem ją leję – powiedział Pan, takim tonem, jakby oznajmiał najnormalniejszą rzecz na świecie. A przy tym uśmiechnął się od ucha do ucha. Ja natomiast zastygłam. Nie wierzę, że naprawdę to powiedział! Nie podobało mi się w jakim kierunku zmierzała ta rozmowa. Ani trochę. Ale nie miałam czasu się tym dłużej zastanawiać, bo w tej samej sekundzie wszyscy obecni przy stole wybuchnęli gromkim śmiechem. Wszyscy, z wyjątkiem mnie.
– No proszę, w końcu znalazł się ktoś, kto nie daje sobie wejść na głowę! Wystarczy ją zlać i gotowe? I ona ci na to pozwala? – skomentowała nieco sarkastycznie moja kuzynka, która do tej pory siedziała cicho i która Pana ewidentnie nie lubi.
– Tak... Choć klamerka na języku przynosi w niektórych sytuacjach lepsze efekty. Może czasem ty też powinnaś spróbować – odparł Pan, z miną kogoś kto doskonale się bawi, jednocześnie bardzo dobrze wyczuwając jej antypatię. Jego słowa wywołały kolejną salwę śmiechu wszystkich zgromadzonych przy stole. Wszystkich, z wyjątkiem mnie. Bo ja jako jedyna wiedziałam aż za dobrze, że ani jedno jego słowo nie było – jak do tej pory – żartem.
– No patrzcie, jaki dowcipniś! Dobrze, że Cię mamy, chłopie. Może ją wreszcie ktoś utemperuje – podsumował mój chrzestny, który sprawiał wrażenie rozbawionego w jeszcze większym stopniu niż Pan.
– To się nazywa mieć autorytet! Ja się zawsze zastanawiałam, jakim cudem ona w stosunku do Ciebie jest taka grzeczna – powiedziała z uznaniem ciotka.
– Może dlatego, że wie, co ją czeka, kiedy nie jest. Mam na nią swoje sposoby. Różne – powiedział Pan z szelmowskim uśmiechem.
Chryste, czy to się naprawdę dzieje?! Tego było już dla mnie za wiele. Nie wytrzymałam. I zaczęłam się śmiać. Ale nie tak zwyczajnie. Nerwowo. Głośno. Spazmatycznie. Histerycznie. I długo nie mogłam przestać. Aż w końcu poczułam, jak łzy napływają mi do oczu i autentycznie miałam wrażenie, że jeszcze moment i udławię się ze śmiechu. Reszta mi wtórowała. Tylko, że oni nie wiedzieli co dokładnie mnie tak rozbawiło. Przez myśl im nawet nie przeszło, że wszystko o czym mowa w tej rozmowie, to prawda. Dlatego właśnie zareagowali w taki, a nie inny sposób. Ich śmiech był efektem rozbawienia. Byli przekonani, że wszystko to tylko rubaszne żarty. Tymczasem mój śmiech był nie tyle efektem rozbawienia, co wyładowaniem napięcia wywołanego świadomością, że oto jestem jedyną przy tym stole osobą (oprócz Pana), która wie, że to wszystko jest zupełnie na serio.
W końcu się uspokoiłam. Pomyślałam o tym, jakie to dziwne uczucie przynależeć do dwóch różnych światów jednocześnie. Tego tutaj i tego na kolanach, nago, przed Panem, gdzie „nie pyskuj” to nie zdawkowa uwaga, lecz granica, za której przekroczenie zostałabym surowo ukarana. A przecież prawdopodobnie jeszcze tego samego wieczoru będę klęczeć nago przed Panem. Bez udawania, bez kąśliwych uwag, bez przewracania oczami. W ciszy. Cierpliwie. Pokornie. W oczekiwaniu na rozkaz. Oni tego nie wiedzą. Nawet nie byliby w stanie sobie tego wyobrazić.
A Pan? Siedział spokojnie, uśmiechał się do mojej mamy, nalewał sobie herbaty, żartował z moimi chrzestnymi i uprzejmie dokuczał mojej kuzynce. Na mnie nawet nie patrzył. Ale ja czułam to charakterystyczne napięcie między nami. Tę niewidzialną smycz. I wiedziałam, że cały czas mnie na niej trzyma. Niezależnie od tego, gdziekolwiek i z kimkolwiek przebywamy. To jest smycz mentalna, która jest o wiele silniejsza niż więzy krwi. Właśnie zdałam sobie z tego sprawę.
– Nie wiem, co on ze mną zrobił, ale rzeczywiście... Chyba działa – mówię, kiedy w końcu udaje mi się uspokoić, czując że powinnam się jednak odezwać. Pan, słysząc moje słowa tylko się uśmiechnął.
Wieczorem, po powrocie do domu, odbyliśmy z Panem ciekawą rozmowę na temat tej sytuacji...
13 sierpnia 2025
Filozofia goreańskiej służby: między fikcją literacką i realnym życiem
Służba w kontekście filozofii goreańskiej, to nie jest wyłącznie zewnętrzny zestaw obowiązków czy ostentacyjne, niemalże teatralne klękanie na zawołanie. Moim zdaniem, to przede wszystkim bardzo specyficzny stan umysłu – głęboko osobista, w pełni świadoma, wewnętrzna decyzja o oddaniu siebie, swojego czasu, życia, poświęcenia, pracy i szeroko pojętego wysiłku pod jurysdykcję Pana.
Niewolnictwo (oczywiście cały czas mówię o konsensualnym niewolnictwie Gorean), nie jest według mnie – w myśl filozofii goreańskiej – pustym rytuałem, grą, udawaniem, czy wywołującą przyjemne doznania między nogami fantazją. Nie. Holistycznie rozpatrywana filozofia Gorean – w odróżnieniu od ujęć atomistycznych – każe traktować goreańskie niewolnictwo jako jeden z wariantów duchowej tożsamości jednostki. W tym ujęciu służba jest osobistym językiem miłości, wyrazem oddania i świadectwem głębokiej samoświadomości. Bo dobrowolnie i w pełni świadomie wybrana droga służby – dobrowolny i w pełni świadomy wybór goreańskiego niewolnictwa – wymaga głębokiego samopoznania. Często ma to niewiele wspólnego z bajką o bezustannej szczęśliwości i trwającym wiecznie pożarze między nogami.
Właściwy stosunek niewolnicy do służby nie powinien opierać się na iluzji bycia zawsze szczęśliwą, gotową i uśmiechniętą, bez względu na wszystko, niczym lalka barbie. Powinien on wynikać według mnie przede wszystkim z dojrzałego rozpoznania i nazwania własnych granic, możliwości i oczekiwań.
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Dlatego, że książki o Gor pełne są odniesień i twierdzeń na ten temat. Przy czym twierdzenia te, choć doskonale pasują do świata fikcyjnej planety Gor, to kompletnie nie przystają do realiów goreańskiego stylu życia na ziemi. I to jest niestety potężna i bardzo niebezpieczna pułapka, w którą wiele osób wpada. Zwłaszcza świeżynek.
Już stanowczo zbyt wiele spotkałam na swojej drodze dziewczyn i kobiet ze złamaną psychiką, od których „Panowie” oczekiwali nieludzkiej wręcz perfekcji w służbie, uzasadniając to specyfiką statusu kajiry. Jakby sam fakt noszenia obroży i utożsamiania się z goreańskim stylem życia miał magicznie uczynić kobietę całkowicie wolną i odporną wobec tak „trywialnych” uczuć czy stanów emocjonalnych, jak zmęczenie, niechęć, czy frustracja. Sęk w tym, że ziemska kajira nie jest robotem. Jest kobietą z krwi i kości. Jej ciało często nie jest idealne. Ona ma swój rozum, myśli, emocje i słabości, które czasem u każdego człowieka biorą górę. Zaś prawdziwa wartość ziemskiej kajiry w holistycznie pojmowanej filozofii Gorean, będącej inspiracją dla goreańskiego stylu życia, mierzy się nie brakiem słabości, czy ograniczeń, ale tym, że pomimo ich istnienia, kajira pozostaje wierna swoim ideałom, posłuszna, oddana i podporządkowana swojemu Panu.
Niedawno w rozmowie, w której brałam udział, jeden Goreanin, którego bardzo cenię, zwrócił uwagę na to, że istnieje zasadnicza różnica między „posiadaniem oczekiwań” wobec takiej relacji, a „posiadaniem rozsądnych oczekiwań”. Całkowicie się z tym zgadzam. I uważam, że aby w zdrowy sposób żyć w takim związku o jakim tutaj mowa, trzeba koniecznie zrozumieć tę różnicę. I to dobrze ją rozumieć. Ten rozsądek jest tutaj bardzo ważny. Wręcz kluczowy. Kajira ziemska często pracuje zawodowo, jest matką, ma okres, czy też zdarza jej się zachorować albo mieć gorszy dzień. Kajiry na Gor zasadniczo nie musiały się przejmować żadnym z powyższych. I to nie jest błąd systemu. To jest właśnie szalenie istotna różnica między fikcyjną planetą opisaną w książkach, a goreańskim stylem życia na ziemi. Różnica, której – mam wrażenie – wielu nie dostrzega lub też uporczywie nie chce dostrzec.
Ziemska kajira to kobieta w pełni zintegrowana z rzeczywistością, w której żyje i funkcjonuje na co dzień. Kobieta, która służy mimo wszystko, nie dlatego, że musi, ale dlatego, że chce. Nawet jeśli – paradoksalnie – czasami w danej chwili „nie chce jej się”. Zaś dobry, rozsądny Pan będzie potrafił to dostrzec i docenić. Czasem też – jeśli okoliczności naprawdę tego wymagają – odpuścić. Na przykład tymczasowo zmodyfikować zasady, lub zmniejszyć obciążenie zadaniami. I bazując na własnych doświadczeniach mogę powiedzieć, że Pan często doceni szczególnie mocno właśnie te momenty, w których kroczenie drogą służby nie było wcale łatwe, lekkie i przyjemne, ale wymagało od kajiry samozaparcia, przezwyciężenia własnej słabości czy zmęczenia. Z myślą o nim. Z lojalności wobec niego. Z chęci bycia posłuszną i sprawienia mu przyjemności. Bo co to za sztuka być posłuszną i przyjemną wtedy, kiedy ma się na to ochotę i wszystko układa się po naszej myśli?
Istotą zdrowo rozumianej goreańskiej służby, jest więc dla mnie uczciwość wobec siebie i własnych deklaracji, świadomość skutków własnej decyzji, wytrwałość i lojalność. Wobec własnych deklaracji i wobec Pana. W Gorean Lifestyle kajira bowiem oddaje Panu swoją decyzyjność samodzielnie, dobrowolnie, w akcie własnej, autonomicznej, w pełni świadomej decyzji. I to nie dzieje się dlatego, że ona sama nie jest zdolna o sobie decydować, tylko dlatego, że ona tego właśnie wewnętrznie pragnie. Że – paradoksalnie – tak zdecydowała. I to pragnienie – nie przymus, nie utopijnie pojmowana konieczność, nie lęk – jest źródłem jej prawdziwej wewnętrznej siły.
04 sierpnia 2025
Dlaczego jestem (i chcę być) uległa?
Nie rozumiem, dlaczego jestem uległa. Nie dlatego, że nie próbowałam pojąć. Wręcz przeciwnie – przeczytałam więcej, niż wypada. Pisałam pamiętniki, prowadziłam niezliczone rozmowy z bardziej doświadczonymi ode mnie. To nigdy jednak nie doprowadziło mnie do jednoznacznej, ostatecznej, zrozumiałej dla pytających odpowiedzi.
Wciąż – mimo upływu tylu już lat na tej drodze – nie potrafię uchwycić mojej uległości w siatkę przyczyn i skutków. Nie rozumiem tego. A w każdym razie nie w sposób, który pozwalałby udzielić odpowiedzi w formie krótkiego, spójnego, logicznego i przekonującego raz na zawsze uzasadnienia.
Moja uległość zdaje się wymykać wszelkim definicjom. Nie jest logiczna. Nie jest wygodna. Nie jest nawet łatwa. Ale jest moja. Głęboko osadzona w mojej duszy, jak korzeń w ziemi. Moja uległość jest jak wewnętrzny szept, którego nie potrafię zignorować, choć brzmi nieprzyzwoicie.
Wiem tyle, że gdy klękam przed Panem, to coś się we mnie w środku porządkuje. Nie tylko ciało. Nie tylko myśli. Cała ja. To jest tak, jakby moja dusza zyskiwała formę. To jest świadomy wybór drogi. Jedynej, która daje mi prawdziwy, wewnętrzny spokój i szczęście.
Tak więc, nie umiem wyjaśnić do końca, dlaczego potrzebuję tej relacji – tego układu, w którym Pan jest ponad. Ale wiem, że potrzebuję go jak powietrza. Może rozumiał to Arystoteles, gdy pisał, że to, co niższe, pragnie tego, co wyższe, by osiągnąć swoją pełnię. Zdecydowanie mogłabym się pod tym podpisać. A może to echo heglowskiej dialektyki Pana i Niewolnika, w której podporządkowanie staje się drogą do prawdziwego samopoznania? A może to po prostu zmysł? Ciało, które wie więcej niż język. Czy to naprawdę aż takie ważne?
W uległości nie ma ego. Nie ma potrzeby błyszczeć, zwyciężać, przekonywać. Jest tylko bycie – czyste, nagie, wolne od ciężaru tego, kim „muszę” być w świecie. Ileż razy próbowałam wyjaśnić to tym, którzy pytają? Dlaczego nie chcę równowagi? Dlaczego nie szukam mężczyzny, który będzie moim „partnerem”? Nie wiem. Może dlatego, że odpowiedź leży poza językiem. W moim ciele i w jego reakcjach. W napięciu mięśni, gdy słyszę ton, który nie pyta, a oznajmia, wymaga, żąda, rozkazuje. I nie toleruje sprzeciwu. A może odpowiedź tkwi w spojrzeniu? Tym szczególnym spojrzeniu Pana, mówiącym: „należysz do mnie”, nawet wtedy, gdy jego usta milczą.
Tak. Chcę należeć. Nie do wszystkich. Nie do każdego. Nie do kogokolwiek. Ale do Mistrza. Tego który rozpozna we mnie nie tylko interesującą dziewczynę, pociągającą kobietę, ale istotę. Gotową do bycia posiadaną w sposób bezkompromisowy i całkowity.
Georges Bataille pisał, że cierpienie staje się święte, gdy przywraca człowiekowi kontakt z tym, co przekracza człowieka. Moja uległość jest jak rytuał nieustannego przekraczania granicy samej siebie. Nie wbrew sobie, ale po to by dotrzeć w głąb siebie w całkowitej wolności wewnętrznej.
Nie wybieram uległości dlatego, że czuję potrzebę, by samą siebie za coś ukarać. Nie wybieram jej także dlatego, że nie umiem sama panować nad swoim życiem. Nie. Wybór tej drogi wynika z głębokiej, wewnętrznej potrzeby mojej duszy. Kto wie? Może to właśnie uległość jest najczystszą formą transcendencji w świecie, który nie wierzy już w nic większego od samego siebie?
Chcę oddać się Panu cała. Ale nie jako pusta lalka. Raczej jako święta ofiara. Uległość to dla mnie nie tylko forma relacji z mężczyzną. To akt metafizyczny. Bo kiedy całkowicie podporządkuję się jemu, zaistnieje naturalny porządek. Moment uklęknięcia przed Panem, to chwila, w którym cały świat wokół mnie odzyskuje właściwą strukturę. Świat, który wcześniej był hałasem – wolnością rozdartą, agresywną, pełną sprzecznych sygnałów – nagle jakby się uspokajał. Zostaje tylko rytm oddechu i spokój tego, że nie muszę już być sobą w wersji społecznie poprawnej.
Niektórzy mówią, że to nienormalne. A ja uważam, że jestem wreszcie normalna, gdy jestem posłuszna. Gdy ktoś we mnie czyta i widzi, że moje „tak, Panie” to nie gest słabości, ale wybór głębszy niż wszystko inne. Bo czuję, że staję się w pełni sobą tylko wtedy, gdy ktoś mną kieruje. Gdy wiem, komu służę. I kiedy służę, nie jestem już rozdarta. Nie jestem już rozszczepiona pomiędzy społecznym „ja” a pragnieniem. Jestem pełnią.
Wiele osób widzi we mnie kobietę silną, niezależną, nawet władczą, apodyktyczną. Czasem arogancką. Taką, która lubi mieć ostatnie zdanie i stawiać na swoim. I mają rację. Ale to tylko jedna warstwa mnie. To mój odruch obronny, gwarantujący mi przetrwanie w świecie zdominowanym przez chaos. Pod spodem drży coś innego: potrzeba bycia czyjąś w harmonii.
Wiem jedno: nie chcę wolności, która nie zna granic. Nie chcę miłości, która niczego nie żąda. Chcę należeć. Być dla Pana. Na jego rozkaz. Na jego spojrzenie. Na jego skinienie.
Już jako nastolatka wiedziałam, że nie jestem stworzona do partnerstwa rozumianego jako równouprawnienie w każdym obszarze życia. To nie była ideologia. To było moje wewnętrzne pragnienie. I choć przez lata pod wieloma względami się zmieniłam, to ono się nie zmieniło. Nie pragnę zwykłego mężczyzny. Pragnę Pana. Tego, który nie musi pytać, zanim sięgnie po moje serce, moje ciało, moją lojalność. Tego, który bierze, a biorąc – nadaje sens mojemu oddaniu. Może to paradoks. Emil Cioran pewnie powiedziałby, że tylko ten, kto dotknął dna niewoli, wie, czym jest wolność.