Nie rozumiem, dlaczego jestem uległa. Nie dlatego, że nie próbowałam pojąć. Wręcz przeciwnie – przeczytałam więcej, niż wypada. Pisałam pamiętniki, prowadziłam niezliczone rozmowy z bardziej doświadczonymi ode mnie. To nigdy jednak nie doprowadziło mnie do jednoznacznej, ostatecznej, zrozumiałej dla pytających odpowiedzi.
Wciąż – mimo upływu tylu już lat na tej drodze – nie potrafię uchwycić mojej uległości w siatkę przyczyn i skutków. Nie rozumiem tego. A w każdym razie nie w sposób, który pozwalałby udzielić odpowiedzi w formie krótkiego, spójnego, logicznego i przekonującego raz na zawsze uzasadnienia.
Moja uległość zdaje się wymykać wszelkim definicjom. Nie jest logiczna. Nie jest wygodna. Nie jest nawet łatwa. Ale jest moja. Głęboko osadzona w mojej duszy, jak korzeń w ziemi. Moja uległość jest jak wewnętrzny szept, którego nie potrafię zignorować, choć brzmi nieprzyzwoicie.
Wiem tyle, że gdy klękam przed Panem, to coś się we mnie w środku porządkuje. Nie tylko ciało. Nie tylko myśli. Cała ja. To jest tak, jakby moja dusza zyskiwała formę. To jest świadomy wybór drogi. Jedynej, która daje mi prawdziwy, wewnętrzny spokój i szczęście.
Tak więc, nie umiem wyjaśnić do końca, dlaczego potrzebuję tej relacji – tego układu, w którym Pan jest ponad. Ale wiem, że potrzebuję go jak powietrza. Może rozumiał to Arystoteles, gdy pisał, że to, co niższe, pragnie tego, co wyższe, by osiągnąć swoją pełnię. Zdecydowanie mogłabym się pod tym podpisać. A może to echo heglowskiej dialektyki Pana i Niewolnika, w której podporządkowanie staje się drogą do prawdziwego samopoznania? A może to po prostu zmysł? Ciało, które wie więcej niż język. Czy to naprawdę aż takie ważne?
W uległości nie ma ego. Nie ma potrzeby błyszczeć, zwyciężać, przekonywać. Jest tylko bycie – czyste, nagie, wolne od ciężaru tego, kim „muszę” być w świecie. Ileż razy próbowałam wyjaśnić to tym, którzy pytają? Dlaczego nie chcę równowagi? Dlaczego nie szukam mężczyzny, który będzie moim „partnerem”? Nie wiem. Może dlatego, że odpowiedź leży poza językiem. W moim ciele i w jego reakcjach. W napięciu mięśni, gdy słyszę ton, który nie pyta, a oznajmia, wymaga, żąda, rozkazuje. I nie toleruje sprzeciwu. A może odpowiedź tkwi w spojrzeniu? Tym szczególnym spojrzeniu Pana, mówiącym: „należysz do mnie”, nawet wtedy, gdy jego usta milczą.
Tak. Chcę należeć. Nie do wszystkich. Nie do każdego. Nie do kogokolwiek. Ale do Mistrza. Tego który rozpozna we mnie nie tylko interesującą dziewczynę, pociągającą kobietę, ale istotę. Gotową do bycia posiadaną w sposób bezkompromisowy i całkowity.
Georges Bataille pisał, że cierpienie staje się święte, gdy przywraca człowiekowi kontakt z tym, co przekracza człowieka. Moja uległość jest jak rytuał nieustannego przekraczania granicy samej siebie. Nie wbrew sobie, ale po to by dotrzeć w głąb siebie w całkowitej wolności wewnętrznej.
Nie wybieram uległości dlatego, że czuję potrzebę, by samą siebie za coś ukarać. Nie wybieram jej także dlatego, że nie umiem sama panować nad swoim życiem. Nie. Wybór tej drogi wynika z głębokiej, wewnętrznej potrzeby mojej duszy. Kto wie? Może to właśnie uległość jest najczystszą formą transcendencji w świecie, który nie wierzy już w nic większego od samego siebie?
Chcę oddać się Panu cała. Ale nie jako pusta lalka. Raczej jako święta ofiara. Uległość to dla mnie nie tylko forma relacji z mężczyzną. To akt metafizyczny. Bo kiedy całkowicie podporządkuję się jemu, zaistnieje naturalny porządek. Moment uklęknięcia przed Panem, to chwila, w którym cały świat wokół mnie odzyskuje właściwą strukturę. Świat, który wcześniej był hałasem – wolnością rozdartą, agresywną, pełną sprzecznych sygnałów – nagle jakby się uspokajał. Zostaje tylko rytm oddechu i spokój tego, że nie muszę już być sobą w wersji społecznie poprawnej.
Niektórzy mówią, że to nienormalne. A ja uważam, że jestem wreszcie normalna, gdy jestem posłuszna. Gdy ktoś we mnie czyta i widzi, że moje „tak, Panie” to nie gest słabości, ale wybór głębszy niż wszystko inne. Bo czuję, że staję się w pełni sobą tylko wtedy, gdy ktoś mną kieruje. Gdy wiem, komu służę. I kiedy służę, nie jestem już rozdarta. Nie jestem już rozszczepiona pomiędzy społecznym „ja” a pragnieniem. Jestem pełnią.
Wiele osób widzi we mnie kobietę silną, niezależną, nawet władczą, apodyktyczną. Czasem arogancką. Taką, która lubi mieć ostatnie zdanie i stawiać na swoim. I mają rację. Ale to tylko jedna warstwa mnie. To mój odruch obronny, gwarantujący mi przetrwanie w świecie zdominowanym przez chaos. Pod spodem drży coś innego: potrzeba bycia czyjąś w harmonii.
Wiem jedno: nie chcę wolności, która nie zna granic. Nie chcę miłości, która niczego nie żąda. Chcę należeć. Być dla Pana. Na jego rozkaz. Na jego spojrzenie. Na jego skinienie.
Już jako nastolatka wiedziałam, że nie jestem stworzona do partnerstwa rozumianego jako równouprawnienie w każdym obszarze życia. To nie była ideologia. To było moje wewnętrzne pragnienie. I choć przez lata pod wieloma względami się zmieniłam, to ono się nie zmieniło. Nie pragnę zwykłego mężczyzny. Pragnę Pana. Tego, który nie musi pytać, zanim sięgnie po moje serce, moje ciało, moją lojalność. Tego, który bierze, a biorąc – nadaje sens mojemu oddaniu. Może to paradoks. Emil Cioran pewnie powiedziałby, że tylko ten, kto dotknął dna niewoli, wie, czym jest wolność.