Prawa autorskie

***Wszystkie teksty na blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, zostało to wyraźnie zaznaczone poprzez podanie ich autora. Oznacza to, że wszystkie są objęte prawami autorskimi. Kopiowanie, powielanie lub udostępnianie ich w całości lub w części bez mojej wyraźnej zgody jest zabronione. Szanuj cudzą własność intelektualną i intymność słów i przeżyć!***

22 grudnia 2025

Kiedy więdnę i kiedy rozkwitam

Czasem (nawet dość często) zastanawiam się, czy ja się tak naprawdę nadaję do zwykłego życia?

Umiem chodzić, mówić, wybierać i tak dalej. Ale w środku wciąż czekam aż usłyszę pytanie: „Do kogo należysz?”. I czekam, by móc głośno odpowiedzieć: „Do Pana. Zawsze”.

To nie romantyzm. To nie fantazja. To ontologia mojej duszy. Gdy próbuję być równa – więdnę. Gdy pozwalam się prowadzić – rozkwitam. I nawet jeśli czasem myślę, że wolałabym, żeby było inaczej (bo nie oszukujmy się, tak byłoby pod wieloma względami prościej), to nie jestem w stanie temu w żaden sposób zaradzić. Takie są fakty.

09 grudnia 2025

Prawo głosu to nie prawo wyboru

– Proszę, powiedz mi, Panie... Jak to właściwie jest z tym prawem do mówienia „nie”?
– Co masz na myśli?
– Czasami mówisz, że mogę powiedzieć „nie”, Panie. Ale właściwie za każdym razem, kiedy to robię, Ty i tak robisz to, co chcesz. Więc dlaczego mówisz, że mam prawo do mówienia „nie”, skoro de facto go nie mam?
– Bo Twoje „nie” nie jest żadną granicą. Rozumiesz? Jest formą Twojego języka i naszej komunikacji, ale nie jest granicą dla mnie. Tylko tyle i aż tyle. Dając Ci je, daję Ci prawo głosu, ale nie prawo wyboru.
– Języka? To nie język. To protest, Panie.
– Protest, to też forma rozmowy. A ja reaguję. Zawsze. Nawet, jeśli nie zawsze zgodnie z Twoimi oczekiwaniami. Nawet jeśli nie daję Ci prawa wyboru, to zawsze słucham Twojego głosu, zawsze Cię czytam.
– Więc... Czy chcesz przez to powiedzieć, że jesteś sadystą, Panie?
– Nie. Jestem kartografem. Dając Ci prawo do mówienia „nie”, rysuję mapę Twojego oporu. A ściślej rzecz biorąc, to Ty rysujesz ją dla mnie przy użyciu „nie”. Rozumiesz?
– Chyba tak, Panie... Ale co dalej? Po co to robisz?
– Dalej? Studiuję ją uważnie i sprawdzam, które miejsca są najbardziej wrażliwe na dotyk, które najbardziej bolą. I właśnie te miejsca podbijam. Zdobywam je wszystkie po kolei, po to, by w końcu mieć Ciebie całą. By nie było w Tobie ani jednego punktu, który opiera się mojej woli, nawet jeśli to tylko wewnętrzny opór, który sama potrafisz w sobie pokonać swoim posłuszeństwem i chęcią zadowolenia mnie...

26 listopada 2025

Nigredo voluntatis

Pan bardzo rzadko pytał mnie o zdanie zanim coś ze mną zrobił, kiedy już robił. Nie musiał, bo był Panem. Poza tym znał mnie dobrze. Moje ciało, moje obawy, moje ograniczenia. Tym razem zapytał. Chwilę wcześniej oznajmił mi, co zamierza ze mną zaraz zrobić. I doskonale wiedział, że to o czym mówimy jest dla mnie trudne, stanowi pewnego rodzaju wyzwanie. Co prawda, to nie hard limit. Nie doszło do złamania żadnej z zasad naszej dynamiki, czy pogwałcenia konsensualności. Niemniej mowa o czymś bardzo dla mnie trudnym, wymagającym ode mnie samozaparcia i wyjścia daleko poza własną strefę komfortu.

– Chcesz, żebym TO z Tobą zrobił?
– Nie, Panie. Nie chcę.
– Dobrze. Więc będzie smakować jeszcze lepiej. Bo i tak zamierzam to zrobić.
– Panie...
– Milcz! Nie prosiłem o dodatkowy komentarz!
– ...
– Masz prawo mówić „nie”. Ale nie masz prawa mnie powstrzymywać. To ja decyduję. To do mnie należy ostatnie słowo. Pamiętaj o tym.
– Tak, Panie. Ale... To głupie!
– Kazałem Ci milczeć! I nie. To nie jest głupie. To jest NASZE.

Spuszczam głowę i się poddaję. Tak. Pan ma rację. Ale nie mówię już tego głośno. Milczę, tak jak mi kazał. I tak już powiedziałam za dużo. A on przystępuje do działania. I choć w tej chwili cała drżę, to ani moje ciało, ani moja dusza nie stawiają już oporu.

Zaczynam płakać. Najpierw cicho, a potem coraz głośniej. A on robi to co zapowiedział. Metodycznie, konsekwentnie, niewzruszenie. Ja tymczasem czuję jak stopniowo zalewa mnie fala spełnienia i wdzięczności. Bo oto to, co dla „normalnych ludzi” byłoby naruszeniem, w „naszym świecie” jest wyczekiwanym, upragnionym zatraceniem. Bo ja się zatracam. W Panu i jego woli. I tak naprawdę tego właśnie chcę. Tego pragnęłam od zawsze.

Wiem, że kiedy on ze mną skończy, podziękuję mu szczerze, całując jego rękę z wdzięcznością i czcią. On też to wie. I wie, że ja wiem, że on wie.

13 listopada 2025

Ból tęsknoty za pełnią samej siebie

Prawda jest taka, że moje serce od dawna bije nie dla mnie. Bije dla Pana – nawet gdy go nie ma. Bije w oczekiwaniu na jego głos, na jego spojrzenie, na jego dotyk, który natychmiast przekona mnie, że nie należę już do siebie.

Nie chcę być Wolną Kobietą, jeśli wolność oznacza ten przejmujący brak, który ogarnia mnie całą, gdy nie mam komu służyć. Bo w moim świecie wolność to możliwość służby. Bycie wybraną do posłuszeństwa.

Czuję się jak puste naczynie. Napełnić może je tylko Pan. Swoim słowem, gestem, rozkazem... Nawet spojrzeniem. I milczeniem też. Bo czy milczenie Pana nie jest zdolne czasem łamać? Chodzi o to, że gdy klękam przed Panem, w obroży na szyi, wtedy czuję się naprawdę sobą. W pełni. Na swoim miejscu. Wtedy czuję spełnienie.

Oddanie nie boli. I nie jest wcale aż takie trudne. Nie twierdzę przy tym, że jest łatwe. Natomiast dziś już wiem, że o wiele bardziej boli oczekiwanie na odpowiednią osobę. Oczekiwanie na możliwość i na pozwolenie, by móc to oddanie wyrazić. Ten ból jest czasem nie do zniesienia.

Tęsknię za tą chwilą, kiedy usłyszę swoje imię i będę wiedziała, że to nie tylko użycie mojego imienia, ale coś znacznie więcej. To wezwanie. Preludium dla rozkazu, który już oczekuje na wykonanie, choć jeszcze w pełni nie wybrzmiał.

Być własnością Pana – przynależeć – to nie znaczy być mniejszą ani gorszą. To znaczy: stać się wszystkim, czym mogę być. Pełnią samej siebie. Pełnią, do której ja sama mam dostęp tylko na kolanach, u stóp Pana. Pełnią, której oprócz mnie jest świadomy i do której ma dostęp tylko Pan. I nikt więcej.

27 października 2025

Tajemnica moich pustych dłoni

Moje dłonie zewnętrznie są puste, ale tak naprawdę trzymam w nich całą siebie – kwintesencję mojej kobiecości – moją uległość. To dar, który czeka na odkrycie. Na tego, kto go dostrzeże i weźmie. Jeszcze nikt taki się nie pojawił. Nikt jeszcze nie spojrzał na mnie tak, bym poczuła, że nie muszę już być silna, że mogę się po prostu poddać. Paść na kolana bez zbędnych wyjaśnień.

Czasem marzę, by moje imię ktoś zmienił. Na coś intymnego. Prawdziwego. Wieloznacznego. Nieoczywistego. Na słowo, które brzmi jak rozkaz i czułość w jednym.

Nie chodzi o ból. Chodzi o to, bym nie musiała więcej udawać, że jestem cała, kiedy tak naprawdę jestem chodzącym, żywym oczekiwaniem.

10 października 2025

Gotowość na nieistnienie

Są takie dni, kiedy czuję się pusta. W środku. Ale to nie chodzi o to, że czuję się głupia, bezwartościowa czy coś w tym rodzaju. To pustka naznaczona oczekiwaniem. Jakaś głęboko ukryta, niewidoczna na zewnątrz cząstka mnie, czeka bowiem z niecierpliwością na to, by dać się uformować cudzej woli. Ot. Tylko i aż tyle.

Depresja? Nie. To nie jest depresja. Rozpacz? Też nie. To wyjątkowo bolesna, ale też bardzo spokojna – mimo całego towarzyszącego jej napięcia – gotowość na nieistnienie w pojedynkę. I w tej gotowości jest coś niemal mistycznego. Bo są rzeczy, których nie mogę dać czy wziąć sobie sama, ot tak. I wcale nie chodzi mi teraz o seks. Chodzi przede wszystkim o kierunek. O prawo do „stania się mniej”, po to by by móc poczuć więcej.

30 września 2025

Piętno konieczności

Każda relacja, każdy związek coś w nas zostawiają. I to niezależnie od szczegółów i okoliczności.

Niezależnie od tego, ja wiem, że nie chcę być po prostu pamiętana. Chcę być konieczna. Jak ból w kolanach, który nie pozwala zapomnieć, że klęczało się przed kimś z miłością.

20 września 2025

Między zasłoną a obrożą: dwa aspekty goreańskiej kobiecości

W subkulturze goreańskiej (nieco inaczej niż w książkach) kobiecość jako taka zasadniczo nie podlega wartościowaniu: nie jest tak, że Wolna Kobieta jest „lepsza”, bo nie nosi obroży, ani że kajira jest „pełniejsza”, bo się poddała. Te dwa oblicza kobiecości nie są tak naprawdę wobec siebie opozycyjne, lecz komplementarne.

Zarówno Wolna Kobieta, jak i niewolnica, mogą dbać o dom, atmosferę, rodzinę – bo w gruncie rzeczy naturalnie są to atrybuty typowo kobiece, a one obie są kobietami. Różnica między nimi nie wyraża się (a w każdym razie nie musi się wyrażać) w funkcji, którą pełnią, lecz w wewnętrznej motywacji. Dla kajiry troska będzie prawdopodobnie przede wszystkim formą służby i złożenia siebie w darze Panu. Dla Wolnej Kobiety zaś, będzie raczej wyrazem poczucia odpowiedzialności, wynikającego z wewnętrznego poczucia godności i siły. Obie – zarówno kajira, jak i Wolna Kobieta – pielęgnują, kochają, opiekują się. Ale jedna czyni to poprzez ofiarowania swojej służby jako daru, a druga poprzez pełnienie funkcji strażniczki naturalnego porządku. Różni je zatem wewnętrzna perspektywa i motywacja. Sposób przeżywania określonych emocji, ewentualnie ich natężenie, ale raczej nie one same.

Kobiecość kajiry bywa spektakularna – zwłaszcza w książkach. Ukazywana jest jako żywa, zmysłowa, pełna emocjonalnego oddania. I mocno cielesna. Kobiecość Wolnej Kobiety natomiast często ukryta jest za zasłoną, rozumianą nie tylko jako rzeczywista zasłona z materiału, noszona na twarzy, ale także metaforycznie, jako zasłona skromności, intelektu, odwagi. Niezależnie od tego jednak, w każdej z nich – zarówno w kajirze, jak i w Wolnej Kobiecie – tkwi ta sama potrzeba. Potrzeba bycia potrzebną zauważoną, ważną. Różnica między nimi polega na sposobie, w jaki obie tę potrzebę zaspokajają.

W realiach ziemskich granice te często się zacierają i bywają naprawdę bardzo płynne. Kajira może być lekarką, matką, czy mieć własną firmę. Zaś Wolna Kobieta może wewnętrznie tęsknić za oddaniem. Dlatego właśnie – moim zdaniem – zamiast na siłę pewne rzeczy w filozofii goreańskiej upraszczać, może warto byłoby więcej uwagi poświęcić subtelnym niuansom? Kiedy kobieta wchodząc w rolę kajiry staje się z własnej woli tą, która służy. Wolna Kobieta może (wykonując w praktyce te same czynności) chronić swój dom i wartości, które sama wybrała. Obie – kajira i Wolna Kobieta – są silne. W różny sposób. Bo inne jest źródło, inna motywacja ich wewnętrznej siły. 

Podsumowując: nie chodzi w tym wszystkim o to, która z nich – kajira czy Wolna Kobieta – jest „bardziej” kobietą. Chodzi o to, że obie, bez względu na rolę, mogą w pełni realizować swoją kobiecość, ciesząc się nią, choć każda na własnych zasadach. Każda w sobie tylko właściwy sposób. Każda w zgodzie z własnym wyborem i porywem serca.

Filozofia Gorean Lifestyle – z całą charakterystyczną dlań hierarchicznością – nie tworzy w powyższym względzie żadnego wartościującego rankingu. Ona jedynie ukazuje pewne spektrum możliwości. A prawdziwa Goreanka i prawdziwy Goreanin nie deprecjonują żadnej z nich, lecz pozwalają im rozkwitać – każdej na jej własnym gruncie.

12 września 2025

Dziesięć powodów niezasłużenia

Zasada jest taka, że kiedy jesteśmy razem, o określonej godzinie wieczorem mam być gotowa i pozostawać do wyłącznej dyspozycji Pana. Gotowość ta obejmuje zazwyczaj bycie nago, w pozycji nadu, przy drzwiach sypialni, w stalowej obroży, z rozpuszczonymi włosami. Opcjonalnie – jeśli Pan wyrazi uprzednio takie życzenie – muszę mieć także makijaż lub inny strój według wytycznych. Albo przygotować jakieś akcesoria.

Tym razem nie otrzymałam od Pana żadnych szczególnych wytycznych. Choć zwykle to ja czekam na niego, tym razem było inaczej. Kiedy tylko uklękłam na swoim zwyczajowym miejscu, on już na mnie czekał. W pierwszej chwili wystraszyłam się, że byłam zbyt opieszała i spóźniłam się. Ale na szczęście nie. Po prostu Pan tego wieczoru zaplanował wszystko trochę inaczej niż zwykle.

Kiedy tylko uklękłam, podszedł do mnie i niedbale rzucił na podłogę tuż przede mną notatnik i długopis.
– Dziś nie wpuszczę Cię do sypialni i nie ruszysz się stąd, dopóki nie napiszesz mi dziesięciu powodów, dla których nie zasługujesz na to, żeby dostać orgazm. I nie chcę lakonicznej listy. Ma to być minimum dziesięć pełnych zdań. Chcę dokładnych, precyzyjnych powodów. Nie próbuj oszukiwać i kombinować, bo pożałujesz.
– Ale przecież... – wyrywa mi się głupio, tak jestem zaskoczona zmianą schematu. Na dodatek Pan utrzymuje mnie w stanie niezaspokojenia już trzeci dzień. Nie za karę. Po prostu taka jest jego wola. A ja jestem grzeczna i posłuszna, ale myślę tylko o jednym...
– Czy czegoś nie zrozumiałaś w moim poleceniu? – pyta surowo Pan, posyłając mi karcące spojrzenie.
– Nie, Panie. Przepraszam, Panie. Będzie tak, jak sobie życzysz, Panie – odpowiedziałam, uświadamiając sobie, że jednego powodu właśnie sama sobie dostarczyłam.

Nie dyskutuję. Biorę notes, długopis i nie wstając z klęczek, a jedynie lekko zmieniając pozycję, zaczynam pisać. Wszystko się we mnie kotłuje. Po ludzku? Boli. Bo naprawdę liczyłam, że w końcu dostanę rozkosz, a dostałam zadanie domowe. I naprawdę nie sądzę, bym była w stanie znaleźć dziesięć powodów... Przecież od dłuższego czasu jestem grzeczna i posłuszna. Już dawno nie zaliczyłam żadnego uchybienia. Ale wiem, że to nie ja decyduję. Muszę coś napisać i napiszę. Tylko co? O co dokładnie chodziło Panu w tym poleceniu? Chcę wykonać zadanie i chcę zrobić to dobrze. Czy mam wymyślić jakieś głupoty? Raczej nie. Zdecydowanie nie. Pan powiedział przecież, żebym nie oszukiwała i nie kombinowała. Więc nie mogę wymyślić jakichś bzdur. Ale dziesięć powodów? Naprawdę nie mam pomysłu. Robię w głowie szczegółowy rachunek sumienia z ostatnich dni. Udało mi się zapisać cztery powody. I w głowie kompletna pustka. Na szczęście Pan mnie nie pogania. Zajmuje się swoimi sprawami i czeka, aż dam znać, że wykonałam zadanie.

Myślę intensywnie. A jeśli to test? Czego oczekuje Pan? Przez głowę przebiegają mi też inne myśli. Dochodzę do wniosku, że w tej chwili najbardziej boli mnie nie tyle odmowa orgazmu i wizja bycia dalej utrzymywaną w stanie niezaspokojenia, co bardziej mój wewnętrzny brak zrozumienia dlaczego Pan właśnie tak zdecydował i dlaczego wydał mi takie polecenie. Jak mam je wykonać dobrze, skoro nie wiem o co w nim chodzi? Nienawidzę nie rozumieć... Ale moment! Co ja tak właściwie chcę zrozumieć? Sama już nie wiem. Chyba za dużo myślę. „Boże, dziewczyno! Ogarnij się!” – ganię w myślach samą siebie.

Zapisuję kolejny powód... Potem jeszcze jeden... Mam już siedem. I właśnie w tej chwili uświadamiam sobie, że jestem mokra, tam, między nogami. Bardzo mokra. A na podłodze pode mną jest niewielka mokra plama... Kiedy kończę zapisywać powód dziesiąty, wiem już, że nie potrzebuję wiele, by poczuć spełnienie. Wystarczy tylko pozwolenie Pana. Tylko i aż. Wołam go i informuję, że wykonałam zadanie. Kiedy podchodzi, podaję mu notes, odwracając wzrok. Czyta uważnie. Nie komentuje. Mówi tylko:
– Grzeczna dziewczynka. Teraz możesz wejść do sypialni.

05 września 2025

Jestem grą

– Czasem myślę, że jestem tylko narzędziem w jakiejś Twojej grze, Panie.
– Nie. Ty jesteś grą. Ja tylko poruszam pionkami. Czy może raczej... Palcami.

29 sierpnia 2025

Maska zadziorności i kajdany lojalności

Wieczorem, po powrocie do domu z pamiętnego, rodzinnego obiadu, odbyliśmy rozmowę.
– Byłaś dziś dość błyskotliwa – powiedział Pan.
– Tak... Nie mogłam przestać się śmiać, kiedy uświadomiłam sobie że kompletnie nikt nie bierze na serio tego co mówisz, Panie.
– Wiem. Co czułaś, wiedząc, że wszyscy tam śmiali się z tego, co dla Ciebie jest całkowicie realne?
– Wstyd i... Nie wiem... Swoją drogą... Panie, dlaczego przy nich pozwalasz mi być taką jaka jestem? Nigdy Cię o to nie pytałam, a dziś zrozumiałam jakie to ważne. I dziękuję Ci za to, Panie...
– Dlaczego Ci na to pozwalam? Bo oni znają Cię właśnie taką. Ale wiesz dobrze, że w żadnych innych okolicznościach taka pyskówka nie uszłaby Ci płazem.
– Tak... Wiem, Panie.
– A... Wiesz co mi się najbardziej podobało?
– Że nie przewróciłam oczami i nie zbuntowałam się otwarcie, gdy to wszystko mówiłeś, Panie?
– Że przez cały ten czas wiedziałaś, do kogo należysz. Nawet wtedy, kiedy zgrywałaś niepokorną córeczkę. I to jest też odpowiedź na pytanie, dlaczego pozwalam Ci być taką przy nich. Lubię na Ciebie patrzeć w tej masce zadziorności, mając świadomość, że tylko ja wiem co jest pod nią. I, że mogę kazać Ci ją zdjąć w każdej chwili, a Ty podporządkujesz mi się bez mrugnięcia okiem. Dlatego dziś dostaniesz nagrodę. Za to, że potrafiłaś milczeć, kiedy to było najtrudniejsze. Kiedy wszyscy myśleli, że opowiadam głupoty.
– Dziękuję, Panie.
– Uklęknij. I podziękuj mi swoimi ustami. Najlepiej jak potrafisz.

22 sierpnia 2025

Uległa w sosie własnym

Rodzinny obiad u mojej mamy. Przy stole jest też kilka innych osób. Między innymi moi chrzestni, których naprawdę traktuję jak drugich rodziców, a także moja kuzynka i kilkoro dalszych krewnych. Obiad przebiega jak zawsze. Trochę żartów, trochę rozmów o pogodzie, trochę kłótni o polityce i omawianie zwykłych, codziennych spraw. Swojska atmosfera okraszona zapachem pysznych potraw i tym charakterystycznym napięciem, które towarzyszy każdemu spotkaniu z ludźmi, którzy znają cię od dziecka i... Mają na to dowody w albumach ze zdjęciami.

Jesteśmy tam oboje. Ja w eleganckiej sukience, może tylko odrobinę zbyt obcisłej i w dopracowanym do perfekcji makijażu. I Pan – spokojny, elegancki, sprawiający wrażenie lekko wycofanego, jakby siedział nie na rodzinnym obiedzie, ale jakby oglądał jakąś ciekawą, egzotyczną wystawę społeczną. Słucha, obserwuje, uśmiecha się. Mało mówi. Zachowuje się jak uprzejmy antropolog.

To, jak funkcjonuję i kim jestem w relacji z mężczyzną, a to jak funkcjonuję na co dzień, w relacjach z ludźmi, także w rodzinie, to dwie różne rzeczy. Tylko Pan zna obie moje twarze. Tę zewnętrzną – zarezerwowaną dla świata i tę wewnętrzną – zarezerwowaną tylko dla niego. Ta pierwsza wersja mnie – ta, którą znają wszyscy – jest władcza, dominująca, zawsze mówi co myśli, rzadko gryząc się przy tym w język. Zwykle miła, wesoła i uprzejma. Ale niekiedy również pyskata, zadziorna i arogancka...

Jedliśmy obiad. Pomiędzy jednym kęsem a drugim przekomarzałam się z moją mamą nad talerzem. Klasyka. Spierałyśmy się właśnie (nie na żarty) o to, która z nas lepiej przygotowuje dania, które właśnie mamy przed sobą. Każda z nas oczywiście broniła (dość zaciekle) swojej wersji. Reszta rodziny nie wtrącała się. Jednak w pewnym momencie mój chrzestny prychnął i pokręcił głową, posyłając przy tym nam obu (mi i mojej mamie) pełne dezaprobaty spojrzenie.
– Jak on z Tobą wytrzymuje, to ja nie wiem – powiedział do mnie, patrząc z uznaniem na Pana.

Pan, który właśnie spokojnie popijał herbatę, jak gdyby w ogóle nie słyszał wymiany zdań między mną, a moją mamą, uniósł tylko lekko brwi i uśmiechnął się z tym charakterystycznym spokojem kogoś, kto wie więcej, niż się ludziom wydaje.
– Nie jest tak źle – odpowiedział mojemu chrzestnemu uprzejmie.
– Co? Już się dawno poddałeś? – nie dawał za wygraną wuj.
– Nie całkiem...
– Chcesz powiedzieć, że Tobie ona tak nie pyskuje? – włączyła się moja chrzestna.
– Nie. Charlotte potrafi być... Bardzo... Powściągliwa... A nawet zdyscyplinowana. Proszę mi wierzyć – zapewnił Pan. A ja zaczęłam czuć, że wolałabym, żeby nie kontynuowali tej rozmowy...
– Bo ja czasami nadal mam ją ochotę porządnie zlać za ten niewyparzony język, chociaż jest już dawno dorosła – orzekła chrzestna.
– Cóż... Czasem ją leję – powiedział Pan, takim tonem, jakby oznajmiał najnormalniejszą rzecz na świecie. A przy tym uśmiechnął się od ucha do ucha. Ja natomiast zastygłam. Nie wierzę, że naprawdę to powiedział! Nie podobało mi się w jakim kierunku zmierzała ta rozmowa. Ani trochę. Ale nie miałam czasu się tym dłużej zastanawiać, bo w tej samej sekundzie wszyscy obecni przy stole wybuchnęli gromkim śmiechem. Wszyscy, z wyjątkiem mnie.
– No proszę, w końcu znalazł się ktoś, kto nie daje sobie wejść na głowę! Wystarczy ją zlać i gotowe? I ona ci na to pozwala? – skomentowała nieco sarkastycznie moja kuzynka, która do tej pory siedziała cicho i która Pana ewidentnie nie lubi.
– Tak... Choć klamerka na języku przynosi w niektórych sytuacjach lepsze efekty. Może czasem ty też powinnaś spróbować – odparł Pan, z miną kogoś kto doskonale się bawi, jednocześnie bardzo dobrze wyczuwając jej antypatię. Jego słowa wywołały kolejną salwę śmiechu wszystkich zgromadzonych przy stole. Wszystkich, z wyjątkiem mnie. Bo ja jako jedyna wiedziałam aż za dobrze, że ani jedno jego słowo nie było – jak do tej pory – żartem.
– No patrzcie, jaki dowcipniś! Dobrze, że Cię mamy, chłopie. Może ją wreszcie ktoś utemperuje – podsumował mój chrzestny, który sprawiał wrażenie rozbawionego w jeszcze większym stopniu niż Pan.
– To się nazywa mieć autorytet! Ja się zawsze zastanawiałam, jakim cudem ona w stosunku do Ciebie jest taka grzeczna – powiedziała z uznaniem ciotka.
– Może dlatego, że wie, co ją czeka, kiedy nie jest. Mam na nią swoje sposoby. Różne – powiedział Pan z szelmowskim uśmiechem.

Chryste, czy to się naprawdę dzieje?! Tego było już dla mnie za wiele. Nie wytrzymałam. I zaczęłam się śmiać. Ale nie tak zwyczajnie. Nerwowo. Głośno. Spazmatycznie. Histerycznie. I długo nie mogłam przestać. Aż w końcu poczułam, jak łzy napływają mi do oczu i autentycznie miałam wrażenie, że jeszcze moment i udławię się ze śmiechu. Reszta mi wtórowała. Tylko, że oni nie wiedzieli co dokładnie mnie tak rozbawiło. Przez myśl im nawet nie przeszło, że wszystko o czym mowa w tej rozmowie, to prawda. Dlatego właśnie zareagowali w taki, a nie inny sposób. Ich śmiech był efektem rozbawienia. Byli przekonani, że wszystko to tylko rubaszne żarty. Tymczasem mój śmiech był nie tyle efektem rozbawienia, co wyładowaniem napięcia wywołanego świadomością, że oto jestem jedyną przy tym stole osobą (oprócz Pana), która wie, że to wszystko jest zupełnie na serio.

W końcu się uspokoiłam. Pomyślałam o tym, jakie to dziwne uczucie przynależeć do dwóch różnych światów jednocześnie. Tego tutaj i tego na kolanach, nago, przed Panem, gdzie „nie pyskuj” to nie zdawkowa uwaga, lecz granica, za której przekroczenie zostałabym surowo ukarana. A przecież prawdopodobnie jeszcze tego samego wieczoru będę klęczeć nago przed Panem. Bez udawania, bez kąśliwych uwag, bez przewracania oczami. W ciszy. Cierpliwie. Pokornie. W oczekiwaniu na rozkaz. Oni tego nie wiedzą. Nawet nie byliby w stanie sobie tego wyobrazić.

A Pan? Siedział spokojnie, uśmiechał się do mojej mamy, nalewał sobie herbaty, żartował z moimi chrzestnymi i uprzejmie dokuczał mojej kuzynce. Na mnie nawet nie patrzył. Ale ja czułam to charakterystyczne napięcie między nami. Tę niewidzialną smycz. I wiedziałam, że cały czas mnie na niej trzyma. Niezależnie od tego, gdziekolwiek i z kimkolwiek przebywamy. To jest smycz mentalna, która jest o wiele silniejsza niż więzy krwi. Właśnie zdałam sobie z tego sprawę.
– Nie wiem, co on ze mną zrobił, ale rzeczywiście... Chyba działa – mówię, kiedy w końcu udaje mi się uspokoić, czując że powinnam się jednak odezwać. Pan, słysząc moje słowa tylko się uśmiechnął.

Wieczorem, po powrocie do domu, odbyliśmy z Panem ciekawą rozmowę na temat tej sytuacji...

13 sierpnia 2025

Filozofia goreańskiej służby: między fikcją literacką i realnym życiem

Służba w kontekście filozofii goreańskiej, to nie jest wyłącznie zewnętrzny zestaw obowiązków czy ostentacyjne, niemalże teatralne klękanie na zawołanie. Moim zdaniem, to przede wszystkim bardzo specyficzny stan umysłu – głęboko osobista, w pełni świadoma, wewnętrzna decyzja o oddaniu siebie, swojego czasu, życia, poświęcenia, pracy i szeroko pojętego wysiłku pod jurysdykcję Pana.

Niewolnictwo (oczywiście cały czas mówię o konsensualnym niewolnictwie Gorean), nie jest według mnie – w myśl filozofii goreańskiej – pustym rytuałem, grą, udawaniem, czy wywołującą przyjemne doznania między nogami fantazją. Nie. Holistycznie rozpatrywana filozofia Gorean – w odróżnieniu od ujęć atomistycznych – każe traktować goreańskie niewolnictwo jako jeden z wariantów duchowej tożsamości jednostki. W tym ujęciu służba jest osobistym językiem miłości, wyrazem oddania i świadectwem głębokiej samoświadomości. Bo dobrowolnie i w pełni świadomie wybrana droga służby – dobrowolny i w pełni świadomy wybór goreańskiego niewolnictwa – wymaga głębokiego samopoznania. Często ma to niewiele wspólnego z bajką o bezustannej szczęśliwości i trwającym wiecznie pożarze między nogami.

Właściwy stosunek niewolnicy do służby nie powinien opierać się na iluzji bycia zawsze szczęśliwą, gotową i uśmiechniętą, bez względu na wszystko, niczym lalka barbie. Powinien on wynikać według mnie przede wszystkim z dojrzałego rozpoznania i nazwania własnych granic, możliwości i oczekiwań.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Dlatego, że książki o Gor pełne są odniesień i twierdzeń na ten temat. Przy czym twierdzenia te, choć doskonale pasują do świata fikcyjnej planety Gor, to kompletnie nie przystają do realiów goreańskiego stylu życia na ziemi. I to jest niestety potężna i bardzo niebezpieczna pułapka, w którą wiele osób wpada. Zwłaszcza świeżynek.

Już stanowczo zbyt wiele spotkałam na swojej drodze dziewczyn i kobiet ze złamaną psychiką, od których „Panowie” oczekiwali nieludzkiej wręcz perfekcji w służbie, uzasadniając to specyfiką statusu kajiry. Jakby sam fakt noszenia obroży i utożsamiania się z goreańskim stylem życia miał magicznie uczynić kobietę całkowicie wolną i odporną wobec tak „trywialnych” uczuć czy stanów emocjonalnych, jak zmęczenie, niechęć, czy frustracja. Sęk w tym, że ziemska kajira nie jest robotem. Jest kobietą z krwi i kości. Jej ciało często nie jest idealne. Ona ma swój rozum, myśli, emocje i słabości, które czasem u każdego człowieka biorą górę. Zaś prawdziwa wartość ziemskiej kajiry w holistycznie pojmowanej filozofii Gorean, będącej inspiracją dla goreańskiego stylu życia, mierzy się nie brakiem słabości, czy ograniczeń, ale tym, że pomimo ich istnienia, kajira pozostaje wierna swoim ideałom, posłuszna, oddana i podporządkowana swojemu Panu.

Niedawno w rozmowie, w której brałam udział, jeden Goreanin, którego bardzo cenię, zwrócił uwagę na to, że istnieje zasadnicza różnica między „posiadaniem oczekiwań” wobec takiej relacji, a „posiadaniem rozsądnych oczekiwań”. Całkowicie się z tym zgadzam. I uważam, że aby w zdrowy sposób żyć w takim związku o jakim tutaj mowa, trzeba koniecznie zrozumieć tę różnicę. I to dobrze ją rozumieć. Ten rozsądek jest tutaj bardzo ważny. Wręcz kluczowy. Kajira ziemska często pracuje zawodowo, jest matką, ma okres, czy też zdarza jej się zachorować albo mieć gorszy dzień. Kajiry na Gor zasadniczo nie musiały się przejmować żadnym z powyższych. I to nie jest błąd systemu. To jest właśnie szalenie istotna różnica między fikcyjną planetą opisaną w książkach, a goreańskim stylem życia na ziemi. Różnica, której – mam wrażenie – wielu nie dostrzega lub też uporczywie nie chce dostrzec.

Ziemska kajira to kobieta w pełni zintegrowana z rzeczywistością, w której żyje i funkcjonuje na co dzień. Kobieta, która służy mimo wszystko, nie dlatego, że musi, ale dlatego, że chce. Nawet jeśli – paradoksalnie – czasami w danej chwili „nie chce jej się”. Zaś dobry, rozsądny Pan będzie potrafił to dostrzec i docenić. Czasem też – jeśli okoliczności naprawdę tego wymagają – odpuścić. Na przykład tymczasowo zmodyfikować zasady, lub zmniejszyć obciążenie zadaniami. I bazując na własnych doświadczeniach mogę powiedzieć, że Pan często doceni szczególnie mocno właśnie te momenty, w których kroczenie drogą służby nie było wcale łatwe, lekkie i przyjemne, ale wymagało od kajiry samozaparcia, przezwyciężenia własnej słabości czy zmęczenia. Z myślą o nim. Z lojalności wobec niego. Z chęci bycia posłuszną i sprawienia mu przyjemności. Bo co to za sztuka być posłuszną i przyjemną wtedy, kiedy ma się na to ochotę i wszystko układa się po naszej myśli?

Istotą zdrowo rozumianej goreańskiej służby, jest więc dla mnie uczciwość wobec siebie i własnych deklaracji, świadomość skutków własnej decyzji, wytrwałość i lojalność. Wobec własnych deklaracji i wobec Pana. W Gorean Lifestyle kajira bowiem oddaje Panu swoją decyzyjność samodzielnie, dobrowolnie, w akcie własnej, autonomicznej, w pełni świadomej decyzji. I to nie dzieje się dlatego, że ona sama nie jest zdolna o sobie decydować, tylko dlatego, że ona tego właśnie wewnętrznie pragnie. Że – paradoksalnie – tak zdecydowała. I to pragnienie – nie przymus, nie utopijnie pojmowana konieczność, nie lęk – jest źródłem jej prawdziwej wewnętrznej siły. 

04 sierpnia 2025

Dlaczego jestem (i chcę być) uległa?

Nie rozumiem, dlaczego jestem uległa. Nie dlatego, że nie próbowałam pojąć. Wręcz przeciwnie – przeczytałam więcej, niż wypada. Pisałam pamiętniki, prowadziłam niezliczone rozmowy z bardziej doświadczonymi ode mnie. To nigdy jednak nie doprowadziło mnie do jednoznacznej, ostatecznej, zrozumiałej dla pytających odpowiedzi.

Wciąż – mimo upływu tylu już lat na tej drodze – nie potrafię uchwycić mojej uległości w siatkę przyczyn i skutków. Nie rozumiem tego. A w każdym razie nie w sposób, który pozwalałby udzielić odpowiedzi w formie krótkiego, spójnego, logicznego i przekonującego raz na zawsze uzasadnienia.

Moja uległość zdaje się wymykać wszelkim definicjom. Nie jest logiczna. Nie jest wygodna. Nie jest nawet łatwa. Ale jest moja. Głęboko osadzona w mojej duszy, jak korzeń w ziemi. Moja uległość jest jak wewnętrzny szept, którego nie potrafię zignorować, choć brzmi nieprzyzwoicie.

Wiem tyle, że gdy klękam przed Panem, to coś się we mnie w środku porządkuje. Nie tylko ciało. Nie tylko myśli. Cała ja. To jest tak, jakby moja dusza zyskiwała formę. To jest świadomy wybór drogi. Jedynej, która daje mi prawdziwy, wewnętrzny spokój i szczęście.

Tak więc, nie umiem wyjaśnić do końca, dlaczego potrzebuję tej relacji – tego układu, w którym Pan jest ponad. Ale wiem, że potrzebuję go jak powietrza. Może rozumiał to Arystoteles, gdy pisał, że to, co niższe, pragnie tego, co wyższe, by osiągnąć swoją pełnię. Zdecydowanie mogłabym się pod tym podpisać. A może to echo heglowskiej dialektyki Pana i Niewolnika, w której podporządkowanie staje się drogą do prawdziwego samopoznania? A może to po prostu zmysł? Ciało, które wie więcej niż język. Czy to naprawdę aż takie ważne?

W uległości nie ma ego. Nie ma potrzeby błyszczeć, zwyciężać, przekonywać. Jest tylko bycie – czyste, nagie, wolne od ciężaru tego, kim „muszę” być w świecie. Ileż razy próbowałam wyjaśnić to tym, którzy pytają? Dlaczego nie chcę równowagi? Dlaczego nie szukam mężczyzny, który będzie moim „partnerem”? Nie wiem. Może dlatego, że odpowiedź leży poza językiem. W moim ciele i w jego reakcjach. W napięciu mięśni, gdy słyszę ton, który nie pyta, a oznajmia, wymaga, żąda, rozkazuje. I nie toleruje sprzeciwu. A może odpowiedź tkwi w spojrzeniu? Tym szczególnym spojrzeniu Pana, mówiącym: „należysz do mnie”, nawet wtedy, gdy jego usta milczą.

Tak. Chcę należeć. Nie do wszystkich. Nie do każdego. Nie do kogokolwiek. Ale do Mistrza. Tego który rozpozna we mnie nie tylko interesującą dziewczynę, pociągającą kobietę, ale istotę. Gotową do bycia posiadaną w sposób bezkompromisowy i całkowity.

Georges Bataille pisał, że cierpienie staje się święte, gdy przywraca człowiekowi kontakt z tym, co przekracza człowieka. Moja uległość jest jak rytuał nieustannego przekraczania granicy samej siebie. Nie wbrew sobie, ale po to by dotrzeć w głąb siebie w całkowitej wolności wewnętrznej.

Nie wybieram uległości dlatego, że czuję potrzebę, by samą siebie za coś ukarać. Nie wybieram jej także dlatego, że nie umiem sama panować nad swoim życiem. Nie. Wybór tej drogi wynika z głębokiej, wewnętrznej potrzeby mojej duszy. Kto wie? Może to właśnie uległość jest najczystszą formą transcendencji w świecie, który nie wierzy już w nic większego od samego siebie?

Chcę oddać się Panu cała. Ale nie jako pusta lalka. Raczej jako święta ofiara. Uległość to dla mnie nie tylko forma relacji z mężczyzną. To akt metafizyczny. Bo kiedy całkowicie podporządkuję się jemu, zaistnieje naturalny porządek. Moment uklęknięcia przed Panem, to chwila, w którym cały świat wokół mnie odzyskuje właściwą strukturę. Świat, który wcześniej był hałasem – wolnością rozdartą, agresywną, pełną sprzecznych sygnałów – nagle jakby się uspokajał. Zostaje tylko rytm oddechu i spokój tego, że nie muszę już być sobą w wersji społecznie poprawnej.

Niektórzy mówią, że to nienormalne. A ja uważam, że jestem wreszcie normalna, gdy jestem posłuszna. Gdy ktoś we mnie czyta i widzi, że moje „tak, Panie” to nie gest słabości, ale wybór głębszy niż wszystko inne. Bo czuję, że staję się w pełni sobą tylko wtedy, gdy ktoś mną kieruje. Gdy wiem, komu służę. I kiedy służę, nie jestem już rozdarta. Nie jestem już rozszczepiona pomiędzy społecznym „ja” a pragnieniem. Jestem pełnią. 

Wiele osób widzi we mnie kobietę silną, niezależną, nawet władczą, apodyktyczną. Czasem arogancką. Taką, która lubi mieć ostatnie zdanie i stawiać na swoim. I mają rację. Ale to tylko jedna warstwa mnie. To mój odruch obronny, gwarantujący mi przetrwanie w świecie zdominowanym przez chaos. Pod spodem drży coś innego: potrzeba bycia czyjąś w harmonii.

Wiem jedno: nie chcę wolności, która nie zna granic. Nie chcę miłości, która niczego nie żąda. Chcę należeć. Być dla Pana. Na jego rozkaz. Na jego spojrzenie. Na jego skinienie. 

Już jako nastolatka wiedziałam, że nie jestem stworzona do partnerstwa rozumianego jako równouprawnienie w każdym obszarze życia. To nie była ideologia. To było moje wewnętrzne pragnienie. I choć przez lata pod wieloma względami się zmieniłam, to ono się nie zmieniło. Nie pragnę zwykłego mężczyzny. Pragnę Pana. Tego, który nie musi pytać, zanim sięgnie po moje serce, moje ciało, moją lojalność. Tego, który bierze, a biorąc – nadaje sens mojemu oddaniu. Może to paradoks. Emil Cioran pewnie powiedziałby, że tylko ten, kto dotknął dna niewoli, wie, czym jest wolność.

30 lipca 2025

Kara jako wyraz troski

Niedawno brałam udział w rozmowie, podczas której zostałam poproszona o przedstawienie mojej perspektywy dotyczącej kar w relacji M/s. Jest to temat, który niezmiennie budzi wiele emocji. Dla jednych to narzędzie dyscypliny, dla innych przejaw brutalności. Dla niektórych także element gry. Moje podejście jest jednak inne. Bardziej filozoficzne.

W kontekście dynamiki M/s uważam, że kara to... Okazja i wyraz troski. Tak, kiedy Pan karze niewolnika, robi to, by skorygować jego zachowanie – to oczywista część. Ale dla mnie to najmniej ważny aspekt.

Kara daje niewolnikowi szansę na zatrzymanie się. Na ponowne przemyślenie swoich priorytetów. Na refleksję. Na pytanie: Dlaczego tu jestem? Co mnie trzyma w tej dynamice? Czy naprawdę chcę podążać ścieżką, którą wyznacza mi Pan? To szansa na ponowne zjednoczenie się z własnym poddaniem – na stanie się lepszą wersją siebie. Na przypomnienie sobie, nawet jeśli bolesne, że chcesz być kształtowany, prowadzony, posiadany. I tak, czasami to przypomnienie musi boleć – bo nikt nie jest idealny, a najtrudniejsze lekcje to często te, których uczymy się najlepiej.

Dlatego dla mnie kara to przede wszystkim akt troski. Kiedy Pan karze niewolnika za nieposłuszeństwo, mówi: „Zależy mi. Na Tobie, na naszej dynamice, na twoim posłuszeństwie i rozwoju w roli, którą wybrałeś, oddając mi nad sobą władzę. Wytyczam ci ścieżkę i wierzę, że możesz nią podążać. A jeśli zbłądzisz, w ten sposób Cię przyprowadzę z powrotem”.

Dlatego nauczono mnie być wdzięczną za karę. Postawa niewolnika wobec kary wiele mówi o tym, czy naprawdę chce być prowadzony przez swojego Pana.

25 lipca 2025

Układ nerwowy duszy

Niektórym ludziom się wydaje, że niewola to przede wszystkim fizyczność. Obroża, klatka, pejcze i cała masa innych gadżetów. Tymczasem to raczej coś jak układ nerwowy duszy. Co mam na myśli?

To jest to coś, głęboko w duszy, co sprawia, że nadal reaguję na niewypowiedziane: „uklęknij”. To jest to coś, co sprawia, że niektóre słowa uruchamiają we mnie przestrzeń. To jest gotowość do nieistnienia, niebycia lub bycia na zawołanie, jeśli tylko ktoś (Pan) tego zażąda.

Nie chodzi o tęsknotę za seksem, czy chłostą, (co samo w sobie nie oznacza, że ta tęsknota nie istnieje). Chodzi o tęsknotę za tym jednym spojrzeniem, po którym nic już nie muszę. Tylko być.
Być posłuszna.
Być przyjemna.
Być oddana.
Być gotowa.
Być znana na wylot.

W niewoli to nie ból mnie podnieca. Podnieca mnie to, że nie ja decyduję kiedy boli. I tego właśnie pragnę z całego serca.

22 lipca 2025

Jego naczynie: siła pustki

Tego dnia Pan był zły. Był to dla niego jeden z tych dni, jakich czasem każdy doświadcza i jakich nikt nie lubi. Świat dał mu w kość. Miał dość wszystkich i wszystkiego. Tak po prostu. Byłam u niego i czekałam w jego mieszkaniu, aż wróci z pracy. 

Kiedy wreszcie wrócił, nie odezwał się ani słowem. Nie zareagował na moje powitanie. Nic nie odpowiedział. Nie zareagował na pocałunek, ani go nie odwzajemnił. Co prawda nie odtrącił mnie. Po prostu w żaden sposób nie zareagował. Przyjął słowa i gest mojego powitania całkowicie biernie i obojętnie. Obiad zjedliśmy bez słowa. Czułam, że on potrzebuje przestrzeni dla siebie i dla własnych myśli. I chciałam mu ją dać. Po obiedzie każde z nas zajęło się sobą. I tak do wieczora.

Po wieczornym prysznicu czytałam książkę w łóżku. Przyszedł do sypialni, też wykąpany. Stanął przede mną w szlafroku. I wtedy w końcu przemówił. Po raz pierwszy od powrotu z pracy.

– Nadu – rzucił bezbarwnym tonem, wskazując jednocześnie palcem miejsce, w którym mam uklęknąć. 

Natychmiast odłożyłam książkę i przyjęłam żądaną pozycję. Wzrok wbiłam w podłogę. I czekałam. On złapał za kółeczko w mojej obroży i pociągnął, zadzierając moją głowę do góry. 

– Dziś potrzebuję ciszy. Spokoju... Tego wieczoru nie jesteś moją kobietą. Nie jesteś moją kochanką. Właściwie nie jesteś nawet moją niewolnicą… Masz milczeć – powiedział.
– Tak, Panie – wyszeptałam, nie mając odwagi spojrzeć Mu w oczy.
– Wiesz kim dziś dla mnie jesteś? A raczej... Czym?

Nie odpowiedziałam, pamiętając o rozkazie milczenia. Podniosłam jednak na sekundę wzrok i nasze oczy spotkały się. Natychmiast spuściłam je z powrotem. Przez jego usta przemknął ledwie dostrzegalny uśmiech. 

– Jesteś rzeczą. Moim naczyniem. Pojemnikiem na spermę. Zrozumiano? Nie wolno Ci zrobić nic, nie wolno Ci się odzywać, ani wydać najmniejszego dźwięku. Nie chcę Cię słyszeć. Chcę ciszy. Spokoju. I chcę się zresetować. Tego dziś potrzebuję i tylko tego.

Skinęłam głową. On złapał mnie za włosy i podniósł z klęczek, rzucając na łóżko. Nawet nie zawracał sobie zbytnio głowy tym w jakiej pozycji nań wylądowałam. Mechanicznie, brutalnie i bez żadnego ostrzeżenie czy polecenia rozszerzył mi nogi i wszedł we mnie. Szybko, brutalnie, dziko i boleśnie, bo moje ciało nie było jeszcze odpowiednio przygotowane by go przyjąć. W pierwszej chwili miałam ochotę zaskomleć z bólu. Choć udało mi się nie wydać z siebie żadnego dźwięku, on wyczuł ten moment bezbłędnie Przecież zna moje ciało... Ono nie ma przed nim tajemnic. Ja zresztą też ich nie mam. 

Nie odczuwałam żadnej przyjemności, ani nawet jej namiastki. Zresztą nie miałam jej czuć... Przecież rzeczy nie czują. A on doszedł we mnie. Akurat w tym samym momencie, gdy myślałam, że nie dam rady dłużej się powstrzymać przed zaskomleniem z bólu. Spojrzał mi głęboko w oczy, policzkując mnie jednocześnie. Dostrzegłam dzikość w jego spojrzeniu i poczułam jak schodzi z niego całe napięcie. Jak napełnia mnie nie tylko swoją spermą, ale także całym swoim jestestwem.

I to było najczulsze, co mógł mi dać. Bo pozwolił, żebym udźwignęła jego ciężar. Pozwolił by moja uległość, poddanie i posłuszeństwo okazały się silniejsze niż jego złość i wszystko inne. Ta chwila uświadomiła mi, że moja nicość jest moją siłą. 

I teraz... Jego spokój płynie ze mnie. Jest moją siłą. Stając się niczym stałam się wszystkim. Świadomość tego faktu jest źródłem siły. Dla mnie. A przeze mnie dla niego.

13 lipca 2025

Kto i co?

Uległa z natury. Zamyślona i romantyczna. Nieustraszona pragmatyczka, a jednak wiecznie marzycielka. Bardziej introwertyczka i domatorka, ale głęboko cenię sobie wartościowe rozmowy z innymi.

Na zewnątrz lubię dowodzić, ale w związku oddaję stery partnerowi. Wierzę w naturalny porządek, hierarchię płci, patriarchat i tradycyjne role w związku – a także w kilka innych idei, które są dziś równie niepoprawne politycznie.

Wierzę w trwałe związki oparte na dominacji i uległości. Lubię BDSM, ale filozofia goreańska to mój prawdziwy styl życia.

Będę tu pisać o sobie (bo to mój blog) i o goreańskim stylu życia (bo to filozofia życia bliska mojemu sercu). Gorean to coś więcej niż książki. Coś więcej niż dzikie – i być może nie tylko niebezpieczne – fantazje erotyczne. To coś zupełnie innego. I właśnie o tym będzie ten blog.

Moje posty będą podzielone na sześć kategorii:
  1. Szepty goreańskiego serca – to moje najbardziej osobiste i intymne zapiski i refleksje, skupiające się na moich wewnętrznych przeżyciach związanych z uległością, goreańskością i emocjami, które mi w związku z tym towarzyszą,
  2. Goreańskie ścieżki – moje filozoficzne, psychologiczne i głęboko subiektywne refleksje na temat Gorean Lifestle, filozofii goreańskiej, relacji goreańskich ogólnie, czy społeczności skupionej wokół tego tematu.
  3. Echa pamięci i ognia – autentyczne wspomnienia chwil, sytuacji i przeżyć z moich relacji.
  4. Rozmowy bata i obroży – autentyczne, zapamiętane i z jakiegoś powodu dla mnie warte odnotowania, rozmowy Pana i jego niewolnicy. Czasem humorystyczne, czasem głębokie. Zwyczajne.
  5. Skrawki myśli – krótkie formy aforystyczne i refleksyjne miniatury, będące pokłosiem refleksji. Skondensowane obserwacje i intuicje dotyczące relacji M/s i Gorean.
  6. Podróże wyobraźni – moja autorska fikcja literacka inspirowana światem Gor: fantazje, opowiadania, miniatury.
  7. Słowa skrybów – cytaty, fragmenty książek i wybrane teksty innych osób na temat goreańskiego stylu życia.