Prawa autorskie

***Wszystkie teksty na blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, zostało to wyraźnie zaznaczone poprzez podanie ich autora. Oznacza to, że wszystkie są objęte prawami autorskimi. Kopiowanie, powielanie lub udostępnianie ich w całości lub w części bez mojej wyraźnej zgody jest zabronione. Szanuj cudzą własność intelektualną i intymność słów i przeżyć!***

16 sierpnia 2026

Wygoda i lojalność

Wygoda zbliża ludzi. Potrafi ich do siebie przyciągnąć. Ale to lojalność sprawia, że pozostają. Że nie odchodzą, gdy tylko komfort znika. Bo lojalność zaczyna się właśnie tam, gdzie wygoda przestaje być argumentem.

03 sierpnia 2026

Pomiędzy pamięcią a możliwością

Czasami najbardziej boli nie to, co się skończyło. Nie to, co miało swój początek i swój koniec. Nie ostatnie słowo, ostatnie spojrzenie czy ostatni dzień, który można wskazać palcem i powiedzieć: „wtedy to się stało”. Czasami najbardziej boli to, co dopiero miało się wydarzyć, ale nigdy nie zdążyło. To, co było jeszcze przed nami.

Przez wiele lat myślałam, że żałoba dotyczy przede wszystkim tego, co zostało utracone lub odebrane. Tego, co kiedyś było obecne, a potem nagle stało się pustką. Ale z czasem zobaczyłam, że żałoba może mieć wiele odcieni.

Szczególnie bolesna potrafi być strata nieprzeżytej przyszłości, która jeszcze nie zdążyła się ziścić, ale już miała swoje miejsce w sercu –  przyszłości, która nie była tylko marzeniem. Nie była odległym wyobrażeniem. Nie była fantazją. Była czymś powoli, konsekwentnie i starannie budowanym. Z małych chwil, z planów wypowiedzianych szeptem i z przekonania, że pewne rzeczy przyjdą, kiedy podejmie się odpowiednie kroki. Że nadejdzie ich właściwy czas.

Ale potem nagle czas się skończył. Nie dlatego, że komuś zabrakło dobrej woli lub chęci. Nie dlatego, że ktoś przestał wierzyć. Nie dlatego, że droga okazała się niewłaściwa lub zbyt trudna. Po prostu dlatego, że droga nagle się skończyła. Że życie postanowiło zatrzasnąć raz na zawsze drzwi, zanim zdążyliśmy przez nie przejść.

I chyba właśnie to jest strata, z którą najtrudniej się pogodzić. Bo z przeszłością można się zmierzyć. Można spojrzeć na coś, co było, dotknąć tego wspomnieniem i powiedzieć: „to należało kiedyś do mojego życia”. Ale jak pożegnać coś, co nigdy nie dostało swojej chwili? Jak pożegnać się z miejscem, które wciąż istnieje w wyobraźni, chociaż nigdy nie zdążyło stać się rzeczywistością?

Są rzeczy, które nie mają nawet wspomnień, choć przez chwilę były przecież całkiem realne na horyzoncie naszego życia. Nie mają zdjęć. Nie pozostały po nich przedmioty, które można wziąć do ręki. Nie zdążyły stać się historią, można by opowiadać innym. A jednak pozostawiły po sobie ślad w duszy.

Czasami wracam myślami do tych wszystkich małych rzeczy i chwil, które miały nadejść, ale nie nadeszły. Które były tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki... Ale życie zdecydowało inaczej. I wtedy przekonuję się, że można tęsknić nie tylko za tym co się posiadało i przeżyło, ale także za tym, co mogło się posiadać i przeżyć, choć się nie zdążyło. Za wersją świata, w której jeszcze wszystko było przed nami, będąc jednocześnie czymś całkowicie realnym.

Długo myślałam, że powinnam przestać patrzeć w tamtą stronę. Że skoro czegoś nie mogę już mieć i dotknąć, to powinnam nauczyć się odwracać wzrok. Ale dzisiaj myślę inaczej. Myślę, że nie wszystko, co nie zdążyło się wydarzyć, jest pozbawione znaczenia. Wręcz przeciwnie – myślę, że to, że niektóre drogi kończą się w połowie, nie oznacza automatycznie, że są mniej wartościowe lub mniej prawdziwe.

Niektóre obietnice pozostają ważne, nawet jeśli życie nie pozwoliło ich wypełnić. Może właśnie dlatego pewne osoby i wspomnienia o nich pozostają w nas tak głęboko. Nie tylko przez to, co kiedyś wspólnie przeżyliśmy. Także przez to, co planowaliśmy jeszcze przeżyć, nawet jeśli do tego nie doszło. Przez wszystkie niewypowiedziane zdania, niedokończone plany i przyszłość, która na chwilę była tak blisko, że niemal można było jej dotknąć, a potem nagle, bez ostrzeżenia zniknęła z horyzontu.

Nauczyłam się, że miłość i wdzięczność nie muszą kończyć się tam, gdzie kończy się możliwość. Można być wdzięcznym za coś, czego nie udało się zachować. Można kochać coś, czego nie udało się dokończyć. Można nosić w sobie nie tylko wspomnienia, ale również cichą nostalgię po wszystkich tych momentach, które dopiero miały nadejść, ale okazało się, że nic z tego.

Pogodzenie się ze stratą tego co dla nas ważne, zawsze jest trudne. Ale paradoksalnie to pogodzenie się ze stratą tego, co dopiero miało nadejść, ale nie nadeszło bywa o wiele trudniejsze i niekiedy wymaga znacznie więcej czasu.

Dzisiaj wiem, że nie muszę wybierać między pamięcią a dalszym życiem. Nie muszę udawać, że pewne drzwi nigdy nie istniały. Mogę przyznać, że za nimi było coś pięknego. Mogę pozwolić sobie tęsknić za tym, co nie zdążyło się ziścić i czego nie udało się zrealizować tak, jak to było planowane. I jednocześnie mogę nadal iść dalej, nie ignorując drogi, która skończyła się w połowie, bez ostrzeżenia. Bo ona nie przestała mieć znaczenia. Choć przerwana, to kiedyś była częścią mojego życia. Najzupełniej prawdziwą.

17 lipca 2026

Autentyczność kontra pozorność uległości

– Co jeśli pewnego dnia zmienię zdanie i postanowię przejąć kontrolę, Panie?
– To będzie znaczyło, że nie jesteś uległą, tylko bawisz się w uległość. Że udajesz kogoś kim nie jesteś.
– Dlaczego, Panie?
– Bo uległość to autentyczność. Chodzi w niej o to, by stanąć twarzą w twarz z samym sobą. Z całą swoją autentycznością, bezbronnością, perwersyjnością. By obedrzeć się ze wszystkich zewnętrznych narracji, w które ubierasz się dla świata. By być prawdziwą do bólu.
– I ty jesteś tym, który mnie rozbiera, Panie? Tak mentalnie?
– Nie. Rozbierasz się sama. Ja Ci tylko podaję lustro, w którym możesz zobaczyć całą siebie. Bez masek. Bez udawania. Ale nie mogę Cię zmusić żebyś w nie spojrzała całkiem naga. Musisz być na to gotowa. To jest uległość. Jeśli nie jesteś na to gotowa w pełni, przez cały czas, to o tylko stwarzasz pozory uległości.

04 lipca 2026

Uległość między zranieniem a prawdą

Łatwo jest być uległą wtedy, gdy wszystko idzie po naszej myśli. Prawdziwy sprawdzian zaczyna się wtedy, gdy pojawia się rozczarowanie lub zranienie. Wtedy, pod wpływem emocji, najłatwiej pomylić własne interpretacje z faktami, gubiąc po drodze to, co faktycznie się wydarzyło lub zostało powiedziane. Zwyczajnie dlatego, że domysły są wygodniejsze od rozmowy. Pozwalają stworzyć własną, spójną wersję rzeczywistości – taką, w której wszystko od razu wydaje się bardziej zrozumiałe. Tyle, że niekoniecznie obiektywnie prawdziwą. A relacji nie buduje się na domysłach i przypuszczeniach, lecz na rozmowie i komunikacji. Dlatego dobra kajira nie zgaduje. Uczy się pytać. Bo jedno dobrze postawione pytanie potrafi zatrzymać lawinę nieporozumień, przerywając całe tygodnie błędnych założeń.

20 czerwca 2026

Absurdalna logika posłuszeństwa

Był wieczór. Byliśmy razem. Liczyłam na coś więcej. Właściwie sama nie wiem na co, ale kiedy Pan kilka godzin wcześniej powiedział mi, że tego dnia się mną zajmie... Cóż. Wyobrażałam to sobie zupełnie inaczej.

Jak wyglądało owo „zajmowanie się mną”? Pan rozsiadł się wygodnie na łóżku i wydawał polecenia. Przeróżne. Dziwne. Bezsensowne. Jedno za drugim. Kiedy zaczął, klęczałam – jak zwykle – w pozycji nadu. Ledwie wykonałam jedno polecenie, a już padało następne.

Pierwsze:
– Wstań.
Drugie:
– Obróć się tyłem do mnie.
Trzecie:
– Uklęknij.
Następne:
– Znowu wstań.
Potem:
– Bara.
Kolejne:
– Nadu.
Jeszcze jedno:
– Stań na jednej nodze i stój tak, dopóki nie powiem, że wystarczy.
Inne:
– Zaszczekaj jak pies.
Dalej:
– Zrób pięć przysiadów.

Trwało to około godziny. Niektóre polecenia co jakiś czas się powtarzały. Wszystkie były równie bezsensowne. Po pierwszych kilku minutach zaczęłam czuć irytację. Po kilkunasto – rozdrażnienie. Natomiast pod koniec byłam już nieźle wkurzona i walczyłam ze sobą, by tego otwarcie nie zamanifestować.

Pan musiałby być ślepy i głupi, żeby tego nie zauważyć. A jednak nie reagował. Kontynuował. Ja w tym czasie walczyłam ze sobą. Moja fundamentalna potrzeba widzenia sensu i celu we wszystkim, co robię, biła na alarm. Ale milczałam. Zaciskałam zęby. Wykonywałam kolejne polecenia, bo on – mój Pan – je wydawał. Na zewnątrz? Bez sprzeciwu. Bez pytań. Ale z coraz większą frustracją środku. Kiedy to się skończy i co to właściwie ma znaczyć? Po co on to robi? Po co my to robimy?

Nie wypowiedziałam tych pytań głośno. Instynktownie przeczuwałam, że to nie jest moment na zadawanie pytań. Że jeśli się odezwę to przegram. Nie wiedziałam co właściwie i z kim. Z nim, czy z samą sobą? Wiedziałam też, że i tak prawdopodobnie nie dostałabym w tamtym momencie żadnej odpowiedzi.

W końcu zapadła cisza. Kolejne polecenie nie padło. Zamarłam w bezruchu. Czekałam dłuższą chwilę. Nic się nie wydarzyło. W końcu zebrałam się na odwagę i zapytałam, najspokojniej i najgrzeczniej jak tylko potrafiłam:
– Dlaczego wydawałeś mi te wszystkie polecenia, Panie? Czy to był jakiś test?
– Nie. To była lekcja. Jestem zadowolony. Wykonywałaś każde polecenie natychmiast i bez zawahania, mimo niechęci.
– Lekcja czego, Panie?
– Tego, że rozkaz nie musi mieć celu, żeby miał wartość. Wartością rozkazu jest samo posłuszeństwo.

I wtedy zrozumiałam. W wydawaniu i wykonywaniu poleceń nie zawsze chodzi o cel. Chodzi o rytm. O stan „tak”, który nie potrzebuje uzasadnienia. Być niewolnicą nie znaczy po prostu służyć. Znaczy służyć komuś, kto ma prawo nie musieć tłumaczyć. Moment, w którym sobie to uświadamiam, wyzwala mnie wewnętrznie bardziej niż jakakolwiek logika. Natychmiast przechodzi mi cała irytacja i złość. Podchodzę do Pana i całuję go w dłoń.
– Dziękuję za tę lekcję Panie – mówię.