Czas i życie mają to do siebie, że w końcu pokazują ludzi takimi, jakimi są. I odsiewają ich. Nie zawsze robią to gwałtownie, przez wielkie wydarzenia. Czasem wystarczy kilka miesięcy.
Najczęściej nie ma żadnej wielkiej kłótni ani wyraźnego końca. Kolejna rozmowa, w której znowu to ja pytam, jak ktoś się ma, pamiętam, co miał zrobić, interesuję się tym, co u niego. Kolejne pytanie pozostawione bez odpowiedzi. Aż w końcu okazuje się, że właściwie od dawna nie ma już czego podtrzymywać. Ktoś po prostu przestaje pisać. Ktoś znika pomiędzy jednym „co słychać?” a drugim. I nagle człowiek orientuje się, że właściwie przegapił moment, w którym stało się to jednostronne.
Ostatnio przejrzałam kilka starych rozmów ze znajomymi. Nie po to, żeby kogokolwiek z czegokolwiek rozliczać. Raczej z ciekawości. Nie szukałam w nich niczego szczególnego, ale bardzo szybko rzucił mi się w oczy pewien schemat. Zobaczyłam bardzo wyraźnie coś, czego wcześniej chyba nie chciałam widzieć.
Ile razy pytałam, co u kogoś słychać. Ile razy pamiętałam o czyimś ważnym dniu, problemie lub sprawie, która miała znaczenie. Ile razy próbowałam podtrzymać rozmowę, nawet wtedy, kiedy mnie samej było bardzo ciężko i nie miałam wiele siły. I jak rzadko – z drugiej strony – wracało do mnie choćby zwyczajne, ludzkie, kurtuazyjne pytanie zwrotne: „A u ciebie?” Niby nic. Jedno zdanie. Drobiazg. A jednak właśnie z takich drobiazgów składa się wzajemność. To one podtrzymują więź.
Zaczęłam więc myśleć o tych wszystkich osobach, które przez lata pojawiały się w moim życiu i później z niego znikały. Bez pożegnania, bez ostrzeżenia. O tych, które może nie wiedziały, co zrobić z moim smutkiem. O tych, którym być może łatwiej było odejść, niż zostać obok kogoś, kto nie zawsze jest dowcipny, uśmiechnięty i pogodny. I to nie jest zarzut. Nie mam do nich wszystkich jakiegoś szczególnego żalu. Coraz mniej odczuwam potrzebę rozliczania ludzi z tego, czego mi nie dali. Raczej uczę się patrzeć na rzeczy takimi, jakie są. I chyba nauczyłam się też przy okazji czegoś ważnego na temat moich własnych oczekiwań.
Nie każdy potrafi zostać przy cudzym ogniu, kiedy ten ogień nie daje wyłącznie ciepła. Większość nie potrafi. Ludzie są przeważnie egocentryczni. Chcą przede wszystkim brać. Czerpać coś dla siebie z relacji z innymi. Dawać, mało kto jest gotów. Dlatego większośc jest przy nas tak długo, jak długo dajemy im to, czego chcą, oczekują, potrzebują. Dziś dominują relacje transakcyjne. I nie ma tu znaczenia, czy mówimy o związkach, o relacjach rodzinnych, czy koleżeńskich. Choć pewnie sporo osób w nie zaangażowanych, głośno by protestowało przeciwko takiemu twierdzeniu, mówiąc, że ich to nie dotyczy. Doszłam do wniosku, że moja niezgoda na taki stan rzeczy jest jednym z (wielu) powodów, dla których filozofia goreańska jest mi tak bardzo bliska.
Lojalność wobec „swoich” ludzi i miejsc. Stawianie samej więzi ponad osobistą korzyścią. To bardzo goreańskie. Na Gor liczyła się przede wszystkim więź – z własnym Home Stone, z własną kastą. I lojalność wobec nich. Indywidualna korzyść mogła mieć znaczenie, ale nie była priorytetem. Natomiast współczesne – transakcyjne podejście do relacji międzyludzkich – jest dokładnie odwrotne. Stawia subiektywnie rozumianą, osobistą korzyść, ponad samą więź.
Rzecz jasna, sama obecność w czyimś otoczeniu nie czyni jeszcze człowieka „swoim”. Na Gor też nie wystarczyło po prostu pojawić się na terenie danego Home Stone, by stać się jego częścią, pełnoprawnym członkiem. To tak nie działa. Tak, jak nikt w swoim domu nie wiesza na ścianach zdjęć każdego, kto kiedykolwiek przekroczył jego próg. To wymaga przynależności. Wzajemnej odpowiedzialności. Pamięci. A przynależność jest czymś poważnym. Jest zobowiązaniem. Owocem obustronnego pielęgnowania więzi, lojalności i konkretnych czynów. Nie samej obecności czy deklaracji. I chyba właśnie ta różnica ostatnio bardzo mocno do mnie dotarła.
Zrozumiałam, że nie jestem zainteresowana kolekcjonowaniem ludzi. Nigdy nie byłam. Może dlatego zawsze miałam ich wokół siebie niewielu. Wychodzę z założenia, że znajomi to nie pokemony. Nie są trofeami. A ja nie potrzebuję dużej liczby imion, które dobrze wyglądają na liście kontaktów. Nie muszę mieć dziesięciu osób, do których mogę napisać: „hej, co tam?”, żeby udowodnić samej sobie, że nie jestem sama. Wolę kilka relacji, w których pytanie „co u ciebie?” naprawdę coś znaczy. Kilka osób, które zauważą moją nieobecność. Takich, przy których nie muszę udawać, że wszystko jest dobrze, kiedy nie jest, żeby „zasłużyć sobie” na ich zainteresowanie i obecność w moim życiu.
Nie każdy człowiek, który przechodzi przez moje życie, staje się częścią mojego Home Stone. Nie każdemu należy się miejsce przy moim stole, tylko dlatego, że kiedyś już przy nim siedział. Ale działa to również w drugą stronę. Jeżeli uznaję kogoś za „swojego człowieka” to, nie traktuję tej więzi jak przypadkowej znajomości. Wtedy pojawia się lojalność. Pamięć. Obowiązek. Zwyczajna troska o to, co dzieje się po drugiej stronie. Przynależność oznacza przecież, że czyjś dom, jego dobro i jego sprawy stają się dla nas niemal tak samo ważne, jak nasze własne. To jest rodzaj więzi i relacji międzyludzkich, jaki mnie interesuje i jakie staram się budować i pielęgnować w moim życiu.
To nie jest chłód. To jest selekcja. A selekcja nie musi wynikać z pogardy. Może wynikać także z szacunku dla tego, co naprawdę chcemy zbudować lub zachować. Zdrowa selekcja jest zdecydowanie potrzebna. Bo dom nie potrzebuje tłumu. Potrzebuje ludzi, którzy naprawdę chcą w nim być i pamiętają, że ogień trzeba czasem podtrzymywać. Którzy pytają. Którzy potrafią odpowiedzieć nie tylko wtedy, kiedy jest łatwo. Reszta może odejść.
Ogień nie jest mniej prawdziwy tylko dlatego, że nie każdy chce przy nim usiąść. Nie zamierzam liczyć, ilu ludzi mam wokół siebie. Nie jestem zainteresowana podtrzymywaniem więzi z tymi, którzy sami już dawno poszli swoją drogą. Bo nie każdy musi zostać. Ale ci, którzy zostają, powinni coś znaczyć.