Są takie dni, kiedy czuję się pusta. W środku. Ale to nie chodzi o to, że czuję się głupia, bezwartościowa czy coś w tym rodzaju. To pustka naznaczona oczekiwaniem. Jakaś głęboko ukryta, niewidoczna na zewnątrz cząstka mnie, czeka bowiem z niecierpliwością na to, by dać się uformować cudzej woli. Ot. Tylko i aż tyle.
Depresja? Nie. To nie jest depresja. Rozpacz? Też nie. To wyjątkowo bolesna, ale też bardzo spokojna – mimo całego towarzyszącego jej napięcia – gotowość na nieistnienie w pojedynkę. I w tej gotowości jest coś niemal mistycznego. Bo są rzeczy, których nie mogę dać czy wziąć sobie sama, ot tak. I wcale nie chodzi mi teraz o seks. Chodzi przede wszystkim o kierunek. O prawo do „stania się mniej”, po to by by móc poczuć więcej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz