Moje dłonie zewnętrznie są puste, ale tak naprawdę trzymam w nich całą siebie – kwintesencję mojej kobiecości – moją uległość. To dar, który czeka na odkrycie. Na tego, kto go dostrzeże i weźmie. Jeszcze nikt taki się nie pojawił. Nikt jeszcze nie spojrzał na mnie tak, bym poczuła, że nie muszę już być silna, że mogę się po prostu poddać. Paść na kolana bez zbędnych wyjaśnień.
Czasem marzę, by moje imię ktoś zmienił. Na coś intymnego. Prawdziwego. Wieloznacznego. Nieoczywistego. Na słowo, które brzmi jak rozkaz i czułość w jednym.
Nie chodzi o ból. Chodzi o to, bym nie musiała więcej udawać, że jestem cała, kiedy tak naprawdę jestem chodzącym, żywym oczekiwaniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz