Niedawno pisałam o różnicy między posłuszeństwem a oddaniem. Często nie dostrzegają jej nawet doświadczeni Masterzy. A raczej: nie dostrzegają niuansów z tej różnicy wynikających. Jest to jednak ważne, szczególnie w kontekście służby w społeczności goreańskiej. Kajira, jest bowiem zobowiązana do racjonalnego posłuszeństwa wobec wszystkich Gorean. A co z oddaniem?
Jeśli różnica między posłuszeństwem a oddaniem jest fundamentalna w relacji osobistej Pan–niewolnica, to w służbie wobec społeczności goreańskiej staje się ona jeszcze wyraźniejsza. I znacznie bardziej bezlitosna. Bo o ile w relacji indywidualnej oddanie jest możliwe, o tyle w strukturze wspólnotowej w zasadzie przestaje mieć sens. Jest właściwie nieosiągalne. Ewentualnie osiągalne wobec jednego czy dwóch Masterów, których niewolnica dobrze zna, którym ufa, z którymi wykształciła jakąś głębszą, przyjacielską więź. Ale generalnie? Pozostaje posłuszeństwo. I tylko ono.
W społeczności goreańskiej trudno w ogóle mówić o oddaniu w tym samym znaczeniu, w jakim mówimy o nim w odniesieniu do jednego, konkretnego Pana. Oddanie zakłada bowiem jakąś więź. Relację. Osobiste zaufanie, szacunek, często także emocjonalne przywiązanie, albo miłość, romantyczne przywiązanie, poczucie sensu wynikające z bycia „czyjąś”. Tymczasem służba wobec społeczności oznacza podporządkowanie się wielu Wolnym Mężczyznom naraz. Wielu zmiennym. Różnym wymaganiom. Czasem całkowicie sprzecznym w stylu, charakterze i oczekiwaniach. Nie da się być poddaną wszystkim. Można być jedynie posłuszną zasadom, rolom i poleceniom wynikającym z pełnionej funkcji.
W tym sensie służba wspólnotowa jest z definicji odarta z oddania. Jest strukturalna. Funkcyjna. Zewnętrzna. Opiera się na hierarchii, normach i procedurach, ale nie na więzi. Nie na zaufaniu (w każdym razie nie na równym, głębokim zaufaniu do wszystkich). Kajira służąca Masterowi, który jest zaprzyjaźniony z jej Panem, czy Masterowi, który jest członkiem społeczności, do której oboje należą, nie oddaje serca każdemu Wolnemu, który ma prawo wydać jej polecenie. Ona po prostu je wykonuje. I tyle. Bo taka jest jej rola. Bo tego wymaga struktura. Bo tak działa system. I to nie jest zarzut. To fakt.
Na Gor ten problem w ogóle nie istniał. Niewolnictwo i wolność były realnie sankcjonowane prawnie, społecznie i kulturowo. Status kajiry nie był kwestią wyboru ani wewnętrznego procesu, lecz obiektywnym faktem. Jej służba wobec innych mężczyzn nie wynikała tylko z tego, że jej Pan tego od niej oczekiwał, ani z tego że tak ustalili Wolni w obrębie wspólnoty. W ogóle niewolnictwo nie było – co do zasady – jej wyborem. Kajira była własnością. Tylko i aż. Jej posłuszeństwo wobec Wolnych nie wymagało ani więzi, ani oddania, ani psychologicznego uzasadnienia. Nie musiała nikomu „ufać”, by uklęknąć. Nie musiała nikogo kochać, by wykonać polecenie. Prawo i obyczaj rozstrzygały wszystko za nią. Oddanie było luksusem, przytrafiającym się nielicznym, a nie warunkiem funkcjonowania systemu.
W realiach współczesnych, gdy prawo nie sankcjonuje niewolnictwa, a każda forma służby jest u podstaw dobrowolna, napięcie to wraca ze zdwojoną siłą. W służbie wspólnotowej oczekuje się często postawy, która na zewnątrz przypomina oddanie: gotowości, dyspozycyjności, rezygnacji z siebie, podporządkowania. Ale bez obietnicy więzi. Bez relacji jeden na jeden. Bez gwarancji, że ktoś kto wydaje niewolnicy takie czy inne polecenie, bierze za to odpowiedzialność.
Dlatego służba w społeczności goreańskiej opiera się niemal wyłącznie na posłuszeństwie. I musi się na nim opierać. Na jasnych zasadach, rolach, procedurach i oczekiwaniach. Na tym, co mierzalne i weryfikowalne. Na tym, co można ocenić i skorygować. Nie na wewnętrznym stanie kajiry. Nie na jej sercu. Nie na jej poczuciu sensu. Bo tego nie da się ani ujednolicić, ani kontrolować.
Służba wspólnotowa nie jest dla wszystkich. Bo wymaga posłuszeństwa pozbawionego oddania. Jest służbą zwiększonego ryzyka. Bo, choć liderzy społeczności powinni troszczyć się o to, by wszyscy jej członkowie (zwłaszcza Wolni) w równej mierze dbali o bezpieczeństwo i nie nadużywali bezmyślnie swojej pozycji, nie zawsze się to udaje.
Właśnie dlatego służba wspólnotowa wymaga umiejętności wykonywania poleceń nawet wbrew sobie. Szczególnego poziomu wewnętrznego zdyscyplinowania. Doskonałej umiejętności tłumienia w sobie wewnętrznego oporu i niechęci. Często o wiele większego, niż w przypadku służby jednemu, konkretnemu Masterowi. Bez poczucia bycia „czyjąś”. Bez tej intymnej osi, wokół której w relacji osobistej buduje się poddanie. No, chyba, że służy się społeczności na polecenie własnego Pana. Wtedy jest zdecydowanie łatwiej, bo w utrzymaniu prawidłowej zewnętrznej postawy i nastawienia pomaga myśl: „robię to dla MOJEGO Pana”.
Jednak z racji tej odmienności, braku więzi, dla wielu kajir jest to doświadczenie jałowe, wypalające, a czasem wręcz destrukcyjne. Bo choć mogą zaoferować wspólnocie posłuszeństwo, nie ma tam miejsca na autentyczne, pełne i głębokie oddanie. I to oddanie, którego nie mogą zaoferować wspólnocie, pozostaje w nich niewykorzystane. A służba realizowana tylko połowicznie – w posłuszeństwie, ale bez oddania – potrafi powodować większy wewnętrzny ból niż całkowity brak możliwości realizacji siebie w swojej uległej naturze.
Czy to oznacza, że wspólnotowa służba jest gorsza? Nie. Na poziomie mentalnym jest po prostu doświadczeniem totalnie innym niż służba konkretnemu Panu. Nawet jeśli zewnętrznie sprowadza się do wykonywania tych samych, dobrze znanych i opanowanych czynności. Jest bardziej techniczna. Bardziej zdystansowana. Bardziej przypominająca funkcjonowanie w korporacyjnej strukturze niż jakąkolwiek relację. Wymaga od niewolnicy zupełnie innego rodzaju dojrzałości, innych kompetencji i innego typu uległości. Nie tej totalnej, egzystencjalnej. Lecz wyrastającej z wewnętrznej dyscypliny, świadomej i – paradoksalnie – bardziej autonomicznej.
W służbie społeczności nie oddaje się siebie. Oddaje się pracę. Czas. Kompetencje. Posłuszeństwo. I to musi wystarczyć. Tam, gdzie próbuje się wymusić oddanie bez więzi, pojawia się fałsz. Tam, gdzie oczekuje się serca, nie dając relacji, rodzi się frustracja i nadużycie. Dlatego uczciwa społeczność goreańska powinna jasno rozróżniać te dwie rzeczy. I nie utożsamiać posłuszeństwa z oddaniem. To tak, jakby twierdzić, że wspólnota może zastąpić Pana. Nie. Nie może. To dwa zupełnie różne wymiary służby.
Posłuszeństwo wspólnotowe jest konieczne. Oddanie – nie. A czasem wręcz jest nawet niepożądane. Bo oddanie, pozbawione adresata, rozpada się, wypala lub niszczy od środka. I to jest cena, którą trzeba świadomie zaakceptować, decydując się na służbę wobec wielu, a nie jednego. Nie każda niewolnica jest na to gotowa. I to nie jest nic złego. Ale warto być tego świadomym i mówić o tym otwarcie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz