Rodzinny obiad u mojej mamy. Przy stole jest też kilka innych osób. Między innymi moi chrzestni, których naprawdę traktuję jak drugich rodziców, a także moja kuzynka i kilkoro dalszych krewnych. Obiad przebiega jak zawsze. Trochę żartów, trochę rozmów o pogodzie, trochę kłótni o polityce i omawianie zwykłych, codziennych spraw. Swojska atmosfera okraszona zapachem pysznych potraw i tym charakterystycznym napięciem, które towarzyszy każdemu spotkaniu z ludźmi, którzy znają cię od dziecka i... Mają na to dowody w albumach ze zdjęciami.
Jesteśmy tam oboje. Ja w eleganckiej sukience, może tylko odrobinę zbyt obcisłej i w dopracowanym do perfekcji makijażu. I Pan – spokojny, elegancki, sprawiający wrażenie lekko wycofanego, jakby siedział nie na rodzinnym obiedzie, ale jakby oglądał jakąś ciekawą, egzotyczną wystawę społeczną. Słucha, obserwuje, uśmiecha się. Mało mówi. Zachowuje się jak uprzejmy antropolog.
To, jak funkcjonuję i kim jestem w relacji z mężczyzną, a to jak funkcjonuję na co dzień, w relacjach z ludźmi, także w rodzinie, to dwie różne rzeczy. Tylko Pan zna obie moje twarze. Tę zewnętrzną – zarezerwowaną dla świata i tę wewnętrzną – zarezerwowaną tylko dla niego. Ta pierwsza wersja mnie – ta, którą znają wszyscy – jest władcza, dominująca, zawsze mówi co myśli, rzadko gryząc się przy tym w język. Zwykle miła, wesoła i uprzejma. Ale niekiedy również pyskata, zadziorna i arogancka...
Jedliśmy obiad. Pomiędzy jednym kęsem a drugim przekomarzałam się z moją mamą nad talerzem. Klasyka. Spierałyśmy się właśnie (nie na żarty) o to, która z nas lepiej przygotowuje dania, które właśnie mamy przed sobą. Każda z nas oczywiście broniła (dość zaciekle) swojej wersji. Reszta rodziny nie wtrącała się. Jednak w pewnym momencie mój chrzestny prychnął i pokręcił głową, posyłając przy tym nam obu (mi i mojej mamie) pełne dezaprobaty spojrzenie.
– Jak on z Tobą wytrzymuje, to ja nie wiem – powiedział do mnie, patrząc z uznaniem na Pana.
Pan, który właśnie spokojnie popijał herbatę, jak gdyby w ogóle nie słyszał wymiany zdań między mną, a moją mamą, uniósł tylko lekko brwi i uśmiechnął się z tym charakterystycznym spokojem kogoś, kto wie więcej, niż się ludziom wydaje.
– Nie jest tak źle – odpowiedział mojemu chrzestnemu uprzejmie.
– Co? Już się dawno poddałeś? – nie dawał za wygraną wuj.
– Nie całkiem...
– Chcesz powiedzieć, że Tobie ona tak nie pyskuje? – włączyła się moja chrzestna.
– Nie. Charlotte potrafi być... Bardzo... Powściągliwa... A nawet zdyscyplinowana. Proszę mi wierzyć – zapewnił Pan. A ja zaczęłam czuć, że wolałabym, żeby nie kontynuowali tej rozmowy...
– Bo ja czasami nadal mam ją ochotę porządnie zlać za ten niewyparzony język, chociaż jest już dawno dorosła – orzekła chrzestna.
– Cóż... Czasem ją leję – powiedział Pan, takim tonem, jakby oznajmiał najnormalniejszą rzecz na świecie. A przy tym uśmiechnął się od ucha do ucha. Ja natomiast zastygłam. Nie wierzę, że naprawdę to powiedział! Nie podobało mi się w jakim kierunku zmierzała ta rozmowa. Ani trochę. Ale nie miałam czasu się tym dłużej zastanawiać, bo w tej samej sekundzie wszyscy obecni przy stole wybuchnęli gromkim śmiechem. Wszyscy, z wyjątkiem mnie.
– No proszę, w końcu znalazł się ktoś, kto nie daje sobie wejść na głowę! Wystarczy ją zlać i gotowe? I ona ci na to pozwala? – skomentowała nieco sarkastycznie moja kuzynka, która do tej pory siedziała cicho i która Pana ewidentnie nie lubi.
– Tak... Choć klamerka na języku przynosi w niektórych sytuacjach lepsze efekty. Może czasem ty też powinnaś spróbować – odparł Pan, z miną kogoś kto doskonale się bawi, jednocześnie bardzo dobrze wyczuwając jej antypatię. Jego słowa wywołały kolejną salwę śmiechu wszystkich zgromadzonych przy stole. Wszystkich, z wyjątkiem mnie. Bo ja jako jedyna wiedziałam aż za dobrze, że ani jedno jego słowo nie było – jak do tej pory – żartem.
– No patrzcie, jaki dowcipniś! Dobrze, że Cię mamy, chłopie. Może ją wreszcie ktoś utemperuje – podsumował mój chrzestny, który sprawiał wrażenie rozbawionego w jeszcze większym stopniu niż Pan.
– To się nazywa mieć autorytet! Ja się zawsze zastanawiałam, jakim cudem ona w stosunku do Ciebie jest taka grzeczna – powiedziała z uznaniem ciotka.
– Może dlatego, że wie, co ją czeka, kiedy nie jest. Mam na nią swoje sposoby. Różne – powiedział Pan z szelmowskim uśmiechem.
Chryste, czy to się naprawdę dzieje?! Tego było już dla mnie za wiele. Nie wytrzymałam. I zaczęłam się śmiać. Ale nie tak zwyczajnie. Nerwowo. Głośno. Spazmatycznie. Histerycznie. I długo nie mogłam przestać. Aż w końcu poczułam, jak łzy napływają mi do oczu i autentycznie miałam wrażenie, że jeszcze moment i udławię się ze śmiechu. Reszta mi wtórowała. Tylko, że oni nie wiedzieli co dokładnie mnie tak rozbawiło. Przez myśl im nawet nie przeszło, że wszystko o czym mowa w tej rozmowie, to prawda. Dlatego właśnie zareagowali w taki, a nie inny sposób. Ich śmiech był efektem rozbawienia. Byli przekonani, że wszystko to tylko rubaszne żarty. Tymczasem mój śmiech był nie tyle efektem rozbawienia, co wyładowaniem napięcia wywołanego świadomością, że oto jestem jedyną przy tym stole osobą (oprócz Pana), która wie, że to wszystko jest zupełnie na serio.
W końcu się uspokoiłam. Pomyślałam o tym, jakie to dziwne uczucie przynależeć do dwóch różnych światów jednocześnie. Tego tutaj i tego na kolanach, nago, przed Panem, gdzie „nie pyskuj” to nie zdawkowa uwaga, lecz granica, za której przekroczenie zostałabym surowo ukarana. A przecież prawdopodobnie jeszcze tego samego wieczoru będę klęczeć nago przed Panem. Bez udawania, bez kąśliwych uwag, bez przewracania oczami. W ciszy. Cierpliwie. Pokornie. W oczekiwaniu na rozkaz. Oni tego nie wiedzą. Nawet nie byliby w stanie sobie tego wyobrazić.
A Pan? Siedział spokojnie, uśmiechał się do mojej mamy, nalewał sobie herbaty, żartował z moimi chrzestnymi i uprzejmie dokuczał mojej kuzynce. Na mnie nawet nie patrzył. Ale ja czułam to charakterystyczne napięcie między nami. Tę niewidzialną smycz. I wiedziałam, że cały czas mnie na niej trzyma. Niezależnie od tego, gdziekolwiek i z kimkolwiek przebywamy. To jest smycz mentalna, która jest o wiele silniejsza niż więzy krwi. Właśnie zdałam sobie z tego sprawę.
– Nie wiem, co on ze mną zrobił, ale rzeczywiście... Chyba działa – mówię, kiedy w końcu udaje mi się uspokoić, czując że powinnam się jednak odezwać. Pan, słysząc moje słowa tylko się uśmiechnął.
Wieczorem, po powrocie do domu, odbyliśmy z Panem ciekawą rozmowę na temat tej sytuacji...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz