Pan bardzo rzadko pytał mnie o zdanie zanim coś ze mną zrobił, kiedy już robił. Nie musiał, bo był Panem. Poza tym znał mnie dobrze. Moje ciało, moje obawy, moje ograniczenia. Tym razem zapytał. Chwilę wcześniej oznajmił mi, co zamierza ze mną zaraz zrobić. I doskonale wiedział, że to o czym mówimy jest dla mnie trudne, stanowi pewnego rodzaju wyzwanie. Co prawda, to nie hard limit. Nie doszło do złamania żadnej z zasad naszej dynamiki, czy pogwałcenia konsensualności. Niemniej mowa o czymś bardzo dla mnie trudnym, wymagającym ode mnie samozaparcia i wyjścia daleko poza własną strefę komfortu.
Spuszczam głowę i się poddaję. Tak. Pan ma rację. Ale nie mówię już tego głośno. Milczę, tak jak mi kazał. I tak już powiedziałam za dużo. A on przystępuje do działania. I choć w tej chwili cała drżę, to ani moje ciało, ani moja dusza nie stawiają już oporu.
Zaczynam płakać. Najpierw cicho, a potem coraz głośniej. A on robi to co zapowiedział. Metodycznie, konsekwentnie, niewzruszenie. Ja tymczasem czuję jak stopniowo zalewa mnie fala spełnienia i wdzięczności. Bo oto to, co dla „normalnych ludzi” byłoby naruszeniem, w „naszym świecie” jest wyczekiwanym, upragnionym zatraceniem. Bo ja się zatracam. W Panu i jego woli. I tak naprawdę tego właśnie chcę. Tego pragnęłam od zawsze.
Wiem, że kiedy on ze mną skończy, podziękuję mu szczerze, całując jego rękę z wdzięcznością i czcią. On też to wie. I wie, że ja wiem, że on wie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz