Byłam w kuchni i gotowałam obiad. Gdy jesteśmy razem, to należy do moich obowiązków. W pewnej chwili Pan przyszedł do kuchni i usiadł przy stole. Każdy człowiek ma jakieś swoje małe dziwactwa. Jednym z moich jest... Gwałtowny wzrost irytacji do poziomu graniczącego z wkurzeniem, gdy ktoś wchodzi do kuchni, kiedy ja coś gotuję lub piekę. W moim rodzinnym domu, odkąd tylko nauczyłam się przygotowywać pierwsze potrawy, wszyscy wiedzieli, że kiedy ja coś przygotowuję, to kuchnia należy do mnie. I nikt, ale to nikt nie ma prawa tam wchodzić dopóki nie skończę. Ciężko mi to racjonalnie uzasadnić. Niemniej zawsze mnie denerwowało, gdy tylko ktoś pojawiał się w kuchni, choćby na chwilę, zanim skończyłam coś gotować lub piec. Dotyczyło to także Pana. On zazwyczaj był wyrozumiały dla mojej nietolerancji względem obecności innych osób w kuchni, kiedy coś w niej przygotowuję. Ale to w końcu Pan, więc... Kompletnie nie musi się tym przejmować. I tym razem się nie przejmował.
A więc przyszedł i usiadł przy stole. Początkowo się nie odzywał. Patrzył tylko. I tak – to też mnie denerwowało. Bądźmy szczerzy. Gdyby nie był Panem, bez skrupułów bym go stamtąd przegoniła, gdy tylko przekroczył próg kuchni...
– Mam gotować tak, jakby Cię tu w ogóle nie było i jakbyś w ogóle na mnie nie patrzył, zgadłam?
– Nie całkiem. Masz gotować tak, jakbyś była moją...
– Przecież jestem, Panie.
– Więc kontynuuj. Tak, jakby każda cebula, którą kroisz była modlitwą.
– Wiesz co, Panie? Ty czasami naprawdę jesteś nie do zniesienia – mówię z rezygnacją,
– Wiem. Ty za to jesteś tą, która zgodziła się mnie znosić już zawsze – mówi uśmiechając się szeroko, ale w jego głosie słychać stanowczość i surowość. To nie są żarty. Powoli podchodzi do mnie, kładąc mi dłonie na biodrach i zaciskając je mocniej. Na tyle mocno, że czuję ból i na chwilę przerywam to, co robię, wstrzymując oddech.
– Co teraz, Panie?
– Teraz kontynuuj. I pomyśl ile razy odkąd tu wszedłem pomyślałaś, że chcesz, żebym się wynosił? A potem pomyśl ile razy w ogóle się dziś zbuntowałaś w swojej głowie, nie w geście.
– A co potem?
– Wieczorem, kiedy będziesz przede mną klęczeć, dokładnie mi o tym opowiesz. I wtedy albo o wszystkim zapomnę, albo zostaniesz ukarana. To zależy od Twojej postawy – mówi i odchodzi.
Cholera! Czy on zawsze musi czytać mi w myślach? Szlag by to! Wracam do zupy cebulowej. Ale w środku? Już klęczę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz