Prawa autorskie

***Wszystkie teksty na blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, zostało to wyraźnie zaznaczone poprzez podanie ich autora. Oznacza to, że wszystkie są objęte prawami autorskimi. Kopiowanie, powielanie lub udostępnianie ich w całości lub w części bez mojej wyraźnej zgody jest zabronione. Szanuj cudzą własność intelektualną i intymność słów i przeżyć!***

29 stycznia 2026

Cebulowa uległość z buntem w tle

Byłam w kuchni i gotowałam obiad. Gdy jesteśmy razem, to należy do moich obowiązków. W pewnej chwili Pan przyszedł do kuchni i usiadł przy stole. Każdy człowiek ma jakieś swoje małe dziwactwa. Jednym z moich jest... Gwałtowny wzrost irytacji do poziomu graniczącego z wkurzeniem, gdy ktoś wchodzi do kuchni, kiedy ja coś gotuję lub piekę. W moim rodzinnym domu, odkąd tylko nauczyłam się przygotowywać pierwsze potrawy, wszyscy wiedzieli, że kiedy ja coś przygotowuję, to kuchnia należy do mnie. I nikt, ale to nikt nie ma prawa tam wchodzić dopóki nie skończę. Ciężko mi to racjonalnie uzasadnić. Niemniej zawsze mnie denerwowało, gdy tylko ktoś pojawiał się w kuchni, choćby na chwilę, zanim skończyłam coś gotować lub piec. Dotyczyło to także Pana. On zazwyczaj był wyrozumiały dla mojej nietolerancji względem obecności innych osób w kuchni, kiedy coś w niej przygotowuję. Ale to w końcu Pan, więc... Kompletnie nie musi się tym przejmować. I tym razem się nie przejmował.

A więc przyszedł i usiadł przy stole. Początkowo się nie odzywał. Patrzył tylko. I tak – to też mnie denerwowało. Bądźmy szczerzy. Gdyby nie był Panem, bez skrupułów bym go stamtąd przegoniła, gdy tylko przekroczył próg kuchni...
– Mam gotować tak, jakby Cię tu w ogóle nie było i jakbyś w ogóle na mnie nie patrzył, zgadłam?
– Nie całkiem. Masz gotować tak, jakbyś była moją...
– Przecież jestem, Panie.
– Więc kontynuuj. Tak, jakby każda cebula, którą kroisz była modlitwą.
– Wiesz co, Panie? Ty czasami naprawdę jesteś nie do zniesienia – mówię z rezygnacją,
– Wiem. Ty za to jesteś tą, która zgodziła się mnie znosić już zawsze – mówi uśmiechając się szeroko, ale w jego głosie słychać stanowczość i surowość. To nie są żarty. Powoli podchodzi do mnie, kładąc mi dłonie na biodrach i zaciskając je mocniej. Na tyle mocno, że czuję ból i na chwilę przerywam to, co robię, wstrzymując oddech.
– Co teraz, Panie?
– Teraz kontynuuj. I pomyśl ile razy odkąd tu wszedłem pomyślałaś, że chcesz, żebym się wynosił? A potem pomyśl ile razy w ogóle się dziś zbuntowałaś w swojej głowie, nie w geście.
– A co potem?
– Wieczorem, kiedy będziesz przede mną klęczeć, dokładnie mi o tym opowiesz. I wtedy albo o wszystkim zapomnę, albo zostaniesz ukarana. To zależy od Twojej postawy – mówi i odchodzi.

Cholera! Czy on zawsze musi czytać mi w myślach? Szlag by to! Wracam do zupy cebulowej. Ale w środku? Już klęczę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz